często zastanawiałam się dlaczego jedni śa bardziej pewni siebie a inni mniej. wydaje mi się ze to wynika z różnych relacji pomiędzy ludźmi które tworzyły się w dzieciństwie i życiu nastolatków. to jak byliśmy traktowani przez rodziców i naszych rówieśników dużo wpływa na naszę pewność siebie. niżej zamieszczam artykuł na ten temat .....
Pewność siebie – zacznij nad nią pracować
Unable to initialize embedded Gallery. You need to configure your embedded Gallery.
Kategorie: Kariera
Pewność siebie oraz świadomość własnej wartości jak i posiadanych umiejętności to w dzisiejszych czasach priorytetowe cechy, które pozwalają nam znaleźć wymarzoną prace, czy też zdobywać kolejne, wyznaczone uprzednio szczeble w rozwoju własnej kariery.
Jedne osoby posiadają pewność siebie niemalże od urodzenia, drugim natomiast zdecydowanie jej brakuje. Nie oznacza to jednak, że ci drudzy są gorsi. Pewność siebie to sztuka, którą za pomocą odpowiednich mechanizmów może nabyć każdy. Oczywiście czas jej zdobywania jest indywidualny dla poszczególnych osób. Nie ma tutaj jednoznacznego miernika, którym dałoby się go określić.
Skąd się bierze pewność siebie ?
Oczywiście w pewnym stopniu zależy ona od naszego charakteru, ale w znacznej mierze ugruntowana jest takimi czynnikami jak :
posiadanie ukierunkowanej, fachowej wiedzy, kwalifikacji i doświadczenia
osobista inwestycja w dalszy rozwój naukowy i kompetencyjny
podejmowanie nowych wyzwań, które w większości są zakończone sukcesem
wytyczanie sobie celów, i dążenie do ich realizacji
pochwały i uznanie w oczach innych osób
Wymienione wyżej czynniki, sprawiają, że człowiek zdobywa coraz większą pewność siebie. Ale to również nie jest sztywna reguła, która odnosi się do każdej osoby. Czasem nawet posiadanie wszystkich wymienionych wyżej cech nie jest gwarancją na zdobycie pewności siebie. Tutaj naszą rolę odgrywa również psychika, a nad nią można oczywiście również pracować.
Postaw na rozwój intelektualny
Czasem nowe miejsce pracy, czy też zajęcie nie jest do końca adekwatne do posiadanych przez nas umiejętności. To z kolei będzie się przekładać na psychologiczną blokadę, która powoduje utratę wiary we własne możliwości. Słabe psychicznie osoby rezygnują myśląc : „ja się do tego nie nadaję”.
I tutaj tkwi nasz najczęstszy błąd. Nie można rezygnować już na samym starcie. Nikt przecież nie jest Alfą i Omegą. Najważniejsze są chęci, które będą wewnętrznie dyktować nam, że warto się starać. W końcu taki jest schemat osiągania życiowych sukcesów.
Postaw na swój intelektualny rozwój. Możesz podjąć naukę na specjalistycznych kursach, czy też zakupić poradniki metodyczne, które pomogą ci zdobyć potrzebna wiedzę. Dzięki temu będziesz miał psychiczne zaplecze, które zniesie blokadę. Niektóre firmy inwestują same w rozwój swoich pracowników. Dlatego też zanim podejmiesz samemu jakiś kurs zapytaj się swojego pracodawcy o możliwość podjęcia potrzebnych kursów z ramienia firmy.
Wyznaczanie celów, możliwych do realizacji
Kolejna sprawa to precyzyjne wytyczenie sobie celów, które chcemy osiągnąć. Tutaj musimy pamiętać o jednej istotnej sprawie : nie możemy wykonywać wszystkiego na raz. Jeśli nie potrafimy się zdecydować na konkretny zawód czy też stanowisko pracy warto przeanalizować wszystkie swoje predyspozycje do wykonywania każdego z nich.
Taki wykres plusów i minusów naszej osobowości w stosunku do konkretnego zawodu ograniczy nam możliwość wyboru. Chaotyczne dążenia sprawią, że sami się zagubimy a przez to nie będziemy mogli dojść do ładu. Zaczniemy obniżać poczucie własnej wartości, a to przecież nie jest droga ku sukcesowi.
Wytyczone przez nas cele przede wszystkim mają być realistyczne i możliwe do osiągnięcia. Oczywiście muszą one od nas wymagać dołożenia wszelkich starań ale w granicach naszych możliwości. W przeciwnym razie dojdziemy do wniosku, że się do niczego nie nadajemy, chociaż w gruncie rzeczy i tak, i tak nie osiągnęlibyśmy wytyczonego celu, ponieważ nie było to możliwe.
Publiczne pochwały
Taka jest już nasza psychika, że chociaż możemy temu zaprzeczać to w gruncie rzeczy zadziałają na nas wewnętrzne mechanizmy, które potwierdzą zdanie, iż każdy z nas lubi być publicznie doceniony za swoje osiągnięcia. Takie zachowanie, sprawi, że nabierzemy pewności siebie, a nasza „wewnętrzną siła napędowa” do osiągania dalszych sukcesów zacznie działać na podwójnych obrotach. Nic tak nie uskrzydla jak uznanie w oczach drugiej osoby.
Sztuką jest również umiejętne przyjmowanie należytych gratulacji. Niektóre wstydliwe czy też nader skromne osoby, mogą podejść do nich z dystansem, ciągle zaprzeczając, „ że to nic takiego”. Tak nie można postępować. Świadomość własnego poczucia wartości sprawi, że tak też będziemy odbierani przez innych. Jeśli sami nie uwierzymy w siebie, nie wymagajmy takiego zachowania od osób postronnych
Pewność siebie – zacznij nad nią pracować
Unable to initialize embedded Gallery. You need to configure your embedded Gallery.
Kategorie: Kariera
Pewność siebie oraz świadomość własnej wartości jak i posiadanych umiejętności to w dzisiejszych czasach priorytetowe cechy, które pozwalają nam znaleźć wymarzoną prace, czy też zdobywać kolejne, wyznaczone uprzednio szczeble w rozwoju własnej kariery.
Jedne osoby posiadają pewność siebie niemalże od urodzenia, drugim natomiast zdecydowanie jej brakuje. Nie oznacza to jednak, że ci drudzy są gorsi. Pewność siebie to sztuka, którą za pomocą odpowiednich mechanizmów może nabyć każdy. Oczywiście czas jej zdobywania jest indywidualny dla poszczególnych osób. Nie ma tutaj jednoznacznego miernika, którym dałoby się go określić.
Skąd się bierze pewność siebie ?
Oczywiście w pewnym stopniu zależy ona od naszego charakteru, ale w znacznej mierze ugruntowana jest takimi czynnikami jak :
posiadanie ukierunkowanej, fachowej wiedzy, kwalifikacji i doświadczenia
osobista inwestycja w dalszy rozwój naukowy i kompetencyjny
podejmowanie nowych wyzwań, które w większości są zakończone sukcesem
wytyczanie sobie celów, i dążenie do ich realizacji
pochwały i uznanie w oczach innych osób
Wymienione wyżej czynniki, sprawiają, że człowiek zdobywa coraz większą pewność siebie. Ale to również nie jest sztywna reguła, która odnosi się do każdej osoby. Czasem nawet posiadanie wszystkich wymienionych wyżej cech nie jest gwarancją na zdobycie pewności siebie. Tutaj naszą rolę odgrywa również psychika, a nad nią można oczywiście również pracować.
Postaw na rozwój intelektualny
Czasem nowe miejsce pracy, czy też zajęcie nie jest do końca adekwatne do posiadanych przez nas umiejętności. To z kolei będzie się przekładać na psychologiczną blokadę, która powoduje utratę wiary we własne możliwości. Słabe psychicznie osoby rezygnują myśląc : „ja się do tego nie nadaję”.
I tutaj tkwi nasz najczęstszy błąd. Nie można rezygnować już na samym starcie. Nikt przecież nie jest Alfą i Omegą. Najważniejsze są chęci, które będą wewnętrznie dyktować nam, że warto się starać. W końcu taki jest schemat osiągania życiowych sukcesów.
Postaw na swój intelektualny rozwój. Możesz podjąć naukę na specjalistycznych kursach, czy też zakupić poradniki metodyczne, które pomogą ci zdobyć potrzebna wiedzę. Dzięki temu będziesz miał psychiczne zaplecze, które zniesie blokadę. Niektóre firmy inwestują same w rozwój swoich pracowników. Dlatego też zanim podejmiesz samemu jakiś kurs zapytaj się swojego pracodawcy o możliwość podjęcia potrzebnych kursów z ramienia firmy.
Wyznaczanie celów, możliwych do realizacji
Kolejna sprawa to precyzyjne wytyczenie sobie celów, które chcemy osiągnąć. Tutaj musimy pamiętać o jednej istotnej sprawie : nie możemy wykonywać wszystkiego na raz. Jeśli nie potrafimy się zdecydować na konkretny zawód czy też stanowisko pracy warto przeanalizować wszystkie swoje predyspozycje do wykonywania każdego z nich.
Taki wykres plusów i minusów naszej osobowości w stosunku do konkretnego zawodu ograniczy nam możliwość wyboru. Chaotyczne dążenia sprawią, że sami się zagubimy a przez to nie będziemy mogli dojść do ładu. Zaczniemy obniżać poczucie własnej wartości, a to przecież nie jest droga ku sukcesowi.
Wytyczone przez nas cele przede wszystkim mają być realistyczne i możliwe do osiągnięcia. Oczywiście muszą one od nas wymagać dołożenia wszelkich starań ale w granicach naszych możliwości. W przeciwnym razie dojdziemy do wniosku, że się do niczego nie nadajemy, chociaż w gruncie rzeczy i tak, i tak nie osiągnęlibyśmy wytyczonego celu, ponieważ nie było to możliwe.
Publiczne pochwały
Taka jest już nasza psychika, że chociaż możemy temu zaprzeczać to w gruncie rzeczy zadziałają na nas wewnętrzne mechanizmy, które potwierdzą zdanie, iż każdy z nas lubi być publicznie doceniony za swoje osiągnięcia. Takie zachowanie, sprawi, że nabierzemy pewności siebie, a nasza „wewnętrzną siła napędowa” do osiągania dalszych sukcesów zacznie działać na podwójnych obrotach. Nic tak nie uskrzydla jak uznanie w oczach drugiej osoby.
Sztuką jest również umiejętne przyjmowanie należytych gratulacji. Niektóre wstydliwe czy też nader skromne osoby, mogą podejść do nich z dystansem, ciągle zaprzeczając, „ że to nic takiego”. Tak nie można postępować. Świadomość własnego poczucia wartości sprawi, że tak też będziemy odbierani przez innych. Jeśli sami nie uwierzymy w siebie, nie wymagajmy takiego zachowania od osób postronnych
13.05.2009 o godz. 15:28
komentuj (4)
test szybkości czytania i nauka szybkiego czytania
Na polskim rynku wydawniczym, co roku pojawia się ponad 30 tysięcy nowych książek. Ponadto, co roku ma miejsce kilka premier nowych tytułów prasowych. Ilość wszystkich dzienników, czasopism i gazet w pobliskim kiosku, może już śmiało konkurować rozmiarami z biblioteką. Ale to jeszcze nie wszystko.
Czymkolwiek się zajmujesz, czy to w czasie pracy, czy poza nią, to zawsze i wszędzie potrzebujesz informacji. W końcu żyjemy w świecie informacji i obecnie wygrywa ten, kto posiada najwięcej informacji i potrafi je odpowiednio wykorzystać.
Zbierając cały czas nowe informacje, trzeba sobie w pewnym momencie powiedzieć: dosyć, mam już ich wystarczająco dużo. Pora teraz je wykorzystać. Wtedy człowiek spostrzega, że potrzebuje coraz więcej informacji. Zaczyna rozumieć doskonale, że w świecie skomplikowanej i nieustannej zmiany, wczorajsze informacje dzisiaj już nie wystarczą. Trzeba ciągle zdobywać nowe informacje, aby być na bieżąco.
więcejStojąc w obliczu ciągle rosnącej ilości informacji do przyswojenia, stajemy się bardzo łatwym celem dla tzw. zalewu informacji, czyli sytuacji, w której nie potrafimy z dostępnych nam informacji wyselekcjonować tych, które są nam aktualnie potrzebne. Zwykle kończy się to w ten sposób, że przyswajamy kompletnie nie przydatne nam informacje. Jest to zjawisko powszechne, które jest i będzie. A właśnie, co będzie dalej? Prawo Moore`a będące wyznacznikiem epoki informacji, w której żyjemy, mówi, że ilość dostępnych informacji na świecie ulega podwojeniu, co 18 miesięcy. Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że za półtora roku pobliski kiosk z gazetami będzie ponad dwa razy większy, niż obecnie; że będzie w nim dwa razy więcej gazet, dwa razy więcej tytułów prasowych do kupienia i przeczytania. Mniej więcej tyle, że będzie dwa razy więcej informacji do przyswojenia w dwa razy mniejszej ilości czasu.
W tej sytuacji bardzo łatwo o chaos i zawrotną, bezmyślną gonitwę myśli w twojej głowie, a to oznacza zawodową i często także prywatną klęskę.
Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Rozwiązaniem tym, jest umiejętność szybkiego czytania oraz znajomość technik zapamiętywania. Szybkie czytanie gwarantuje zdolność szybkiego i umiejętnego wyszukiwania potrzebnych informacji oraz szybkie ich przyswajanie, a znajomość technik zapamiętywania umożliwia trwale zapamiętanie wszystkich tych informacji, które aktualnie są lub mogą być dla Ciebie potrzebne w najbliższej przyszłości oraz przypomnienie ich sobie w dowolnie wybranym momencie.
TEST
Zapraszam Cię teraz na mały eksperyment. Poniżej znajduje się proste ćwiczenie, które ma za zadanie uświadomić Ci, jak ważna i potrzebna w twoim, indywidualnym przypadku, jest umiejętność szybkiego czytania.
Powtórzę jeszcze raz, że w ciągu roku wychodzi na polskim rynku wydawniczym ponad 30 tysięcy nowych tytułów. Każdego dnia w twoim kiosku pojawia się kilkanaście gazet z codziennymi, najnowszymi wiadomościami. Dodaj do tego wszystkie tygodniki, dwutygodniki, miesięczniki, a otrzymasz potężną dawkę informacji, które w większym lub mniejszym stopniu są Ci potrzebne do różnych rzeczy. Czy jesteś w stanie to wszystko opanować, przyswoić i wykorzystać na własny użytek? Zaraz się przekonamy.
TEST SZYBKOŚCI CZYTANIA I STOPNIA ZROZUMIENIA TEKSTU
Przeczytaj poniższy tekst. Czytaj w swoim normalnym tempie. Upewnij się, że nikt nie będzie Ci przeszkadzał – skup się. Zmierz czas czytania.
Co to jest zdrowie? [ok. 400 słów]
W tradycyjnym znaczeniu zdrowie jest rozumiane jako stan fizjologiczno-biologiczny; za zdrowego uważa się człowieka, którego organizm funkcjonuje w zakresie norm uznanych za prawidłowe. Za chorego uważa się zaś człowieka, którego funkcjonowanie organizmu nie mieści się w obrębie tych norm. Stopień zgodności z normą jest określany przez profesjonalnego eksperta, którym jest lekarz. Jeżeli tej zgodności brak, to jednostka zostaje uznana za osobę chorą. W przedstawionym ujęciu, zdrowie jest równoznaczne z brakiem choroby, a decyzja o kwalifikującym przypisaniu człowieka do odpowiedniego stanu nie leży w kompetencjach diagnozowanej jednostki.
W literaturze przedmiotu popularny jest także pogląd, w myśl, którego, znajdowanie się w stanie zdrowia lub choroby może być definiowane w kategoriach obiektywnych i subiektywnych. Ten podział powstał jako wynik zaobserwowanych rozbieżności między ocenami eksperckimi a subiektywnymi ocenami osób zgłaszających dolegliwości. Waga tego poglądu dla wychowawców polega na tym, że samoocena stanu zdrowia w znacznym stopniu determinuje zachowania osobnicze.
Inna koncepcja rozumienia zdrowia jest wynikiem powszechnie zaakceptowanej propozycji Światowej Organizacji Zdrowia. Uznaje ona, że zdrowie to pozytywny stan samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby lub ułomności, w innym tłumaczeniu zdrowie jest pełnią fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu człowieka, a nie tylko brakiem choroby lub niedomagania. Ujęcie to również nie w pełni odpowiada promotorom zdrowia, gdyż nie stopniuje pozytywnego stanu samopoczucia, będącego podstawowym składnikiem tej definicji i zakłada, że zdrowie jest pewnym stanem idealnym. Zakłada również postrzeganie zdrowia w ujęciu statycznym, a nie w jego zmieniającej się złożoności.
Bardzo interesujący sposób uznawania osoby za zdrową lub chorą zaproponował Talcott Pearsons (1968). Jako socjolog postrzega człowieka w kategorii zachowań jednostki pełniącej w swym codziennym życiu szereg ról społecznych. Za osobę zdrową uważa osobę mogącą te role wypełniać bez zakłóceń, a za chorą taką osobę, której stan uniemożliwia pełne wywiązywanie się z tych ról.
René Dubos (1970) rozumiał zdrowie nie tylko jako brak choroby, lecz także jako zespół cech umożliwiających ludziom uzewnętrznianie swych zdolności kreatywnych i osiąganie szczęścia w procesie przystosowania się do przyszłości.
Źródło: tekst własny.
Zanotuj czas, jaki zajęło Ci przeczytanie powyższego tekstu. Teraz, bez zaglądania do tekstu odpowiedź na poniższe pytania. Każde pytanie ma 3 możliwe odpowiedzi, gdzie tylko jedna jest poprawna.
1.Zdrowie to:
a) stan fizjologiczno – biologiczny
b) dobre samopoczucie
c) brak choroby
2.Światowa Organizacja Zdrowia uznaje zdrowie za:
a) brak choroby
b) brak ułomności
c) pozytywny stan samopoczucia
3.W którym roku Talcott Pearsons zaproponował swój sposób uznawania osoby za zdrową lub chorą?
a) 1966
b) 1968
c) 1969
Sprawdź teraz – zaglądając do tekstu – czy twoje odpowiedzi są poprawne, czy nie oraz zanotuj ilu udzieliłeś poprawnych odpowiedzi.
Obliczysz teraz [samodzielnie] jak szybko czytasz oraz ile jesteś w stanie zapamiętać z czytanego tekstu, a więc obliczysz prędkość czytania [w postaci liczby słów czytanych na minutę] oraz stopień rozumienia czytanego tekstu [w procentach].
Prędkość czytania oblicza się według wzoru:
Liczba słów czytanego tekstu podzielona przez czas czytania w sekundach i pomnożona przez 60.
Przeczytany przez Ciebie tekst liczby 400 słów. Sprawdź teraz ile czasu [w sekundach] zajęło Ci jego przeczytanie. Załóżmy, że zrobiłeś to w 46 sekund. Liczymy: 400 [liczba słów] : 46 [czas czytania] x 60 = 522, a więc czytasz 522 słów na minutę.
Stopień zrozumienia tekstu liczy się według wzoru:
Liczba udzielonych poprawnych odpowiedzi podzielona przez liczbę wszystkich możliwych odpowiedzi i pomnożona przez 100%.
W naszym przypadku: były 3 możliwe odpowiedzi. Jeśli odpowiedziałeś poprawnie np. na tylko jedno pytanie [sprawdź teraz swój uzyskany wynik], to stopień zrozumienia tekstu obliczymy następująco: 1 [liczba poprawnych odpowiedzi] : 3 [liczba możliwych odpowiedzi] x 100% = 33,3%.
Po przeprowadzeniu powyższych obliczeń powinieneś otrzymać następujące dane:
Twoja prędkość czytania wynosi [według przykładowych danych] 522 słów na minutę z 33% stopniem zrozumienia czytanego tekstu.
WYNIK TESTU, czyli GDZIE JESTEŚ DZISIAJ?
Skala szybkości czytania dla języka polskiego wygląda następująco:
Liczba czytanych słów na minutę:
Do 150 - Bardzo powoli
Do 200 - Wolno
Do 250 - Przeciętnie
Do 350 - Ponadprzeciętnie
Do 500 - Umiarkowanie szybko
Do 650 - Szybko
Do 800 - Bardzo szybko
Jeżeli jesteś przeciętnym polskim czytelnikiem, to twoja szybkość czytania kształtuje się na poziomie 150 - 200 słów na minutę ze stopniem zrozumienia czytanego tekstu na poziomie 30 %.
Teraz samodzielnie odpowiedź sobie na pytanie:
Czy ze swoją prędkością czytania, jesteś w stanie ogarnąć i przetrawić w jakiś sensowny sposób te wszystkie zalewające Cię informacje?
Co według Ciebie jest bardziej opłacalne: czytanie 100 stronicowej książki w godzinę, czy w trzy godziny?
Czy wystarczy, że z lektury danej książki zapamiętasz tylko 30% informacji, czy musisz zapamiętać pełne 100%?
Czy z czysto ekonomicznego punktu widzenia rozsądne jest poświęcenie określonej ilości czasu i pieniędzy, na to żeby zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i zarobić jeszcze więcej pieniędzy?
Te i tym podobne pytania są w erze informacji już nie tylko potrzebne, ale i konieczne.
UŚWIADOMIŁEŚ SOBIE WŁAŚNIE, ŻE...
Skoro doczytałeś do tego miejsca, to z pewnością zdajesz sobie już sprawę, jak ważna, jest umiejętność szybkiego czytania i wiesz także, że TY na razie tej umiejętności nie posiadasz. Z tego wyciągnąć można prosty wniosek, że chcesz to zmienić i to jak najszybciej. Chcesz i musisz.
Odpowiedz sobie na pytanie: czy ja naprawdę mogę zacząć czytać szybko i sprawnie? Czy stanowię dobry materiał na szybkiego czytelnika?
Znam doskonale te rozterki. Skąd? Sam przechodziłem przez ten proces. Znalezienie pozytywnej odpowiedzi kosztowało mnie naprawdę dużo i to pod każdym względem. Jednak, kiedy już miałem w garści tą odpowiedź, wszystko poszło gładko. Wiesz już, jaka to odpowiedź, prawda?
JA TO ZROBIŁEM!
Jestem samoukiem. Moja obecna prędkość czytania wynosi kilka tysięcy słów na minutę. Codziennie czytam przynajmniej jedną książkę. Rocznie daje, to co najmniej 350 przeczytanych książek. Pomyśl, czy przeczytanie 350 książek zmieniło być coś w twoim życiu? Chociaż troszeczkę?
Ponadto umiejętność szybkiego czytania pozwala mi być na bieżąco z najnowszymi informacjami i trendami, a ponadto daje mi możliwość wyboru czytanych tekstów, bo zawsze wiem, że mogę do czegoś wrócić i szybko przeczytać, jak tylko okaże się to dla mnie potrzebne. Dzięki temu nie daję się ogłupić zalewowi przypadkowych informacji.
JAK TO ZROBIŁEM?
Jak to osiągnąłem? Bardzo prosto. Wytyczyłem sobie cel, jakim było uzyskanie prędkości 1000 słów na minutę i zacząłem trenować. Mam na myśli taki sam trening, jak w sporcie. Dlaczego? Szybkie czytanie, to umiejętność. A każda umiejętność ma to do siebie, że nie wykonywana zanika. Z drugiej strony, to właśnie z nią najlepiej sprawdza się stare powiedzenie, że trening czyni mistrza.
No dobrze, ale skoro trening, to muszą być i ćwiczenia. Tak, to prawda. Jakie ćwiczenia robiłem? A choćby takie...
PRAKTYCZNE ĆWICZENIA
Zrób poniższe ćwiczenia stosując się ściśle do instrukcji.
1. Ósemka.
Cel: koordynacja półkul mózgowych.
Jak: Narysuj na kartce papieru wielką ósemkę w poziomie, zaczynając w punkcie środkowym i rysując figurę w lewą stronę do góry. Nie możesz w czasie ćwiczenia ruszać głową.
Czas: 1 minuta.
2. Koła.
Cel: poszerzenie pola widzenia.
Jak: przez conajmniej minutę zataczaj oczami jak najszersze koła. Rób to raz najwolniej, a raz najszybciej jak potrafisz.
Czas: conajmniej 1 minuta.
3. Przeskakiwanie.
Cel: gimnastyka oczu.
Jak: znajdź w dowolnym miejscu dwa oddalone od siebie dowolne punkty leżące na tej samej wysokości. Może to być np. róg ściany i kontakt itp. Przeskakuj oczami między tymi punktami, najpierw bardzo powoli, a następnie coraz szybciej. W czasie wykonywania ćwiczenia nie wolno poruszać głową i/lub ramionami.
Czas: 1 minuta.
4. Palming.
Cel: relaks dla oczu
Jak: potrzyj o siebie swoje dłonie, aby się rozgrzały. Przyłóż je do oczu, kładąc palce pionowo na czole [małe palce obu rąk powinny znajdować się w kącikach oczu]. Nie naciskaj palcami na oczy. Palce powinny być złączone, aby po otwarciu oczu widać było ciemność. Przez minutę wpatruj się w tą ciemność. Następnie otwórz oczy i natychmiast spojrzyj na dowolny punkt położony możliwie jak najdalej od Ciebie [możesz wyjrzeć przez okno].
Czas: 1 minuta.
TEST SZYBKOŚCI CZYTANIA I STOPNIA ZROZUMIENIA TEKSTU –część 2
UWAGA: W tym ćwiczeniu używaj w czasie czytania – wskaźnika. Może nim być twój palec. W czasie czytania przesuwaj palcem ruchem jednostajnym wzdłuż linii tekstu. Możesz dotykać palcem ekran monitora. Musisz czytać nad palcem, czyli dokładnie tam, gdzie wskazuje jego końcówka. Należy także przesuwać palec nieco szybciej, niż wynosi Twoje normalne tempo czytania. Nie musisz także wcale przesuwać wskaźnikiem od początku danej linii tekstu do jej końca.
Jeśli jesteś gotowy, to przeczytaj tekst znajdujący się na następnej stronie. Czytaj w swoim normalnym tempie. Upewnij się, że nikt nie będzie Ci przeszkadzał – skup się. Pamiętaj, aby zmierzyć czas czytania.
Promocja zdrowia [ok. 400 słów]
Próbując określić ją w paru słowach można powiedzieć, że są to wszelkie działania mające na celu umacnianie zdrowia pojedynczych osób, a w rezultacie także całych społeczności. Słowo "promocja" dosłownie oznacza podnoszenie czegoś (kogoś) na wyższy poziom. Tak, więc przez analogię można powiedzieć, że promocja zdrowia zmierza do "podniesienia" zdrowia na wyższy poziom (jego polepszenia, a nie tylko zapobiegania określonym chorobom). Jest to wyraźnie szersze pojęcie niż profilaktyka zdrowotna, która na celu ma przede wszystkim zapobieganie konkretnym schorzeniom. Poprzez propagowanie zdrowego stylu życia, prawidłowego odżywiania się, regularnej aktywności fizycznej itp. Promocja zdrowia ma prowadzić do podniesienia komfortu życia, a w efekcie długofalowym do jego wydłużenia.
Regionalne Biuro Światowej Organizacji Zdrowia Regionu Europejskiego w 1984 roku opublikowało "Dokument dyskusyjny na temat promocji zdrowia", w którym określono tę promocję jako proces umożliwiający jednostkom i grupom zwiększenie kontroli nad czynnikami determinującymi zdrowie. W toku tego procesu tworzy się całościową koncepcję zapewnienia warunków i wprowadzenia stylów życia zmierzających do zachowania zdrowia. Zaangażowanym w ten proces stawia się także zadanie stworzenia strategii mediacji między ludźmi a szeroko rozumianym środowiskiem, w celu dokonywania odpowiedzialnych wyborów indywidualnych, jak i zespołowych dotyczących zdrowia społecznego dzisiaj i w przyszłości.
W "Karcie Ottawskiej" - dokumencie wydanym na zakończenie pierwszej Międzynarodowej Konferencji Promocji Zdrowia - charakteryzując działalność na rzecz promowania zdrowia wymieniono pięć płaszczyzn, w których zakresie podejmowanie przedsięwzięć ma potencjalnie największy wpływ na jej kształt.
Promocja zdrowia to aktywność społeczna ukierunkowana na taką kooperację jednostek i grup, aby decyzje tych podmiotów miały u swego podłoża refleksję o wpływie dokonywanych wyborów na warunki zapewniające tym podmiotom możliwość realizacji zdrowego stylu życia. Aktywność promowania zdrowia jest przypisana tym wszystkim podmiotom, które mają możliwość oddziaływania na zdrowy styl życia i na dobre samopoczucie wszystkich członków społeczeństwa. Wynika stąd wniosek, że promocja zdrowia należy do grupy problemów społecznych i politycznych, a nie, jak się potocznie uważa, do grupy problemów znajdujących się głównie w kompetencjach medycyny i służb z nią bezpośrednio związanych. Co nie eliminuje ich udziału w procesie rzecznictwa. Wręcz przeciwnie, lekarze i inni specjaliści medyczni są niezbędni na każdym etapie realizacji programów promocyjnych jako eksperci i jako osoby znaczące, których poparcie i aktywny udział legitymizuje i uprawomocnia procedury działaniowe organizatorów w świadomości odbiorców.
Źródło: tekst własny.
Zanotuj czas, jaki zajęło Ci przeczytanie powyższego tekstu. Teraz, bez zaglądania do tekstu odpowiedź na poniższe pytania. Każde pytanie ma 3 możliwe odpowiedzi, gdzie tylko jedna jest poprawna.
1.Co to jest promocja zdrowia?
a) działanie ku umacnianiu zdrowia ludzi
b) reklamowanie zdrowia
c) działanie ku zapobieganiu chorobom
2.„Karta Ottawska” została wydana:
a) przez Regionalne Biuro Światowej Organizacji Zdrowia Regionu Europejskiego
b) na zakończenie Międzynarodowej Konferencji Promocji Zdrowia
c) przez rząd kanadyjski w Ottawie
3.Promocja zdrowia należy do grupy problemów:
a) społecznych
b) medycznych
c) politycznych i społecznych
Sprawdź teraz – zaglądając do tekstu – czy twoje odpowiedzi są poprawne, czy nie oraz zanotuj ilu udzieliłeś poprawnych odpowiedzi.
Oblicz teraz – korzystając z procedury opisanej w pierwszym teście - swoją prędkość czytania [w postaci liczby słów czytanych na minutę] oraz stopień rozumienia czytanego tekstu [w postaci procentów].
WYNIK = CUD
Spójrz jeszcze raz na wynik ostatniego testu i porównaj go z wynikiem uzyskanym z pierwszym teście. Co TY na to? Czy to może pomyłka? Nie, to rzeczywistość.
Właśnie poprzez wykonywanie takich ćwiczeń, jakie właśnie wykonałeś, trenujesz swoje oko i umysł, a dzięki temu stajesz się prawdziwym szybkim czytelnikiem. Czy potrzebujesz jeszcze jakiegoś dowodu na skuteczność tych ćwiczeń? Co powiesz na ebook wypełniony po brzegi tego typu ćwiczeniami? Co powiesz na publikację, która gwarantuje Ci wypracowanie w sobie umiejętności szybkiego czytania na poziome, co najmniej kilkuset czytanych słów na minutę?
Na polskim rynku wydawniczym, co roku pojawia się ponad 30 tysięcy nowych książek. Ponadto, co roku ma miejsce kilka premier nowych tytułów prasowych. Ilość wszystkich dzienników, czasopism i gazet w pobliskim kiosku, może już śmiało konkurować rozmiarami z biblioteką. Ale to jeszcze nie wszystko.
Czymkolwiek się zajmujesz, czy to w czasie pracy, czy poza nią, to zawsze i wszędzie potrzebujesz informacji. W końcu żyjemy w świecie informacji i obecnie wygrywa ten, kto posiada najwięcej informacji i potrafi je odpowiednio wykorzystać.
Zbierając cały czas nowe informacje, trzeba sobie w pewnym momencie powiedzieć: dosyć, mam już ich wystarczająco dużo. Pora teraz je wykorzystać. Wtedy człowiek spostrzega, że potrzebuje coraz więcej informacji. Zaczyna rozumieć doskonale, że w świecie skomplikowanej i nieustannej zmiany, wczorajsze informacje dzisiaj już nie wystarczą. Trzeba ciągle zdobywać nowe informacje, aby być na bieżąco.
więcejStojąc w obliczu ciągle rosnącej ilości informacji do przyswojenia, stajemy się bardzo łatwym celem dla tzw. zalewu informacji, czyli sytuacji, w której nie potrafimy z dostępnych nam informacji wyselekcjonować tych, które są nam aktualnie potrzebne. Zwykle kończy się to w ten sposób, że przyswajamy kompletnie nie przydatne nam informacje. Jest to zjawisko powszechne, które jest i będzie. A właśnie, co będzie dalej? Prawo Moore`a będące wyznacznikiem epoki informacji, w której żyjemy, mówi, że ilość dostępnych informacji na świecie ulega podwojeniu, co 18 miesięcy. Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że za półtora roku pobliski kiosk z gazetami będzie ponad dwa razy większy, niż obecnie; że będzie w nim dwa razy więcej gazet, dwa razy więcej tytułów prasowych do kupienia i przeczytania. Mniej więcej tyle, że będzie dwa razy więcej informacji do przyswojenia w dwa razy mniejszej ilości czasu.
W tej sytuacji bardzo łatwo o chaos i zawrotną, bezmyślną gonitwę myśli w twojej głowie, a to oznacza zawodową i często także prywatną klęskę.
Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Rozwiązaniem tym, jest umiejętność szybkiego czytania oraz znajomość technik zapamiętywania. Szybkie czytanie gwarantuje zdolność szybkiego i umiejętnego wyszukiwania potrzebnych informacji oraz szybkie ich przyswajanie, a znajomość technik zapamiętywania umożliwia trwale zapamiętanie wszystkich tych informacji, które aktualnie są lub mogą być dla Ciebie potrzebne w najbliższej przyszłości oraz przypomnienie ich sobie w dowolnie wybranym momencie.
TEST
Zapraszam Cię teraz na mały eksperyment. Poniżej znajduje się proste ćwiczenie, które ma za zadanie uświadomić Ci, jak ważna i potrzebna w twoim, indywidualnym przypadku, jest umiejętność szybkiego czytania.
Powtórzę jeszcze raz, że w ciągu roku wychodzi na polskim rynku wydawniczym ponad 30 tysięcy nowych tytułów. Każdego dnia w twoim kiosku pojawia się kilkanaście gazet z codziennymi, najnowszymi wiadomościami. Dodaj do tego wszystkie tygodniki, dwutygodniki, miesięczniki, a otrzymasz potężną dawkę informacji, które w większym lub mniejszym stopniu są Ci potrzebne do różnych rzeczy. Czy jesteś w stanie to wszystko opanować, przyswoić i wykorzystać na własny użytek? Zaraz się przekonamy.
TEST SZYBKOŚCI CZYTANIA I STOPNIA ZROZUMIENIA TEKSTU
Przeczytaj poniższy tekst. Czytaj w swoim normalnym tempie. Upewnij się, że nikt nie będzie Ci przeszkadzał – skup się. Zmierz czas czytania.
Co to jest zdrowie? [ok. 400 słów]
W tradycyjnym znaczeniu zdrowie jest rozumiane jako stan fizjologiczno-biologiczny; za zdrowego uważa się człowieka, którego organizm funkcjonuje w zakresie norm uznanych za prawidłowe. Za chorego uważa się zaś człowieka, którego funkcjonowanie organizmu nie mieści się w obrębie tych norm. Stopień zgodności z normą jest określany przez profesjonalnego eksperta, którym jest lekarz. Jeżeli tej zgodności brak, to jednostka zostaje uznana za osobę chorą. W przedstawionym ujęciu, zdrowie jest równoznaczne z brakiem choroby, a decyzja o kwalifikującym przypisaniu człowieka do odpowiedniego stanu nie leży w kompetencjach diagnozowanej jednostki.
W literaturze przedmiotu popularny jest także pogląd, w myśl, którego, znajdowanie się w stanie zdrowia lub choroby może być definiowane w kategoriach obiektywnych i subiektywnych. Ten podział powstał jako wynik zaobserwowanych rozbieżności między ocenami eksperckimi a subiektywnymi ocenami osób zgłaszających dolegliwości. Waga tego poglądu dla wychowawców polega na tym, że samoocena stanu zdrowia w znacznym stopniu determinuje zachowania osobnicze.
Inna koncepcja rozumienia zdrowia jest wynikiem powszechnie zaakceptowanej propozycji Światowej Organizacji Zdrowia. Uznaje ona, że zdrowie to pozytywny stan samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby lub ułomności, w innym tłumaczeniu zdrowie jest pełnią fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu człowieka, a nie tylko brakiem choroby lub niedomagania. Ujęcie to również nie w pełni odpowiada promotorom zdrowia, gdyż nie stopniuje pozytywnego stanu samopoczucia, będącego podstawowym składnikiem tej definicji i zakłada, że zdrowie jest pewnym stanem idealnym. Zakłada również postrzeganie zdrowia w ujęciu statycznym, a nie w jego zmieniającej się złożoności.
Bardzo interesujący sposób uznawania osoby za zdrową lub chorą zaproponował Talcott Pearsons (1968). Jako socjolog postrzega człowieka w kategorii zachowań jednostki pełniącej w swym codziennym życiu szereg ról społecznych. Za osobę zdrową uważa osobę mogącą te role wypełniać bez zakłóceń, a za chorą taką osobę, której stan uniemożliwia pełne wywiązywanie się z tych ról.
René Dubos (1970) rozumiał zdrowie nie tylko jako brak choroby, lecz także jako zespół cech umożliwiających ludziom uzewnętrznianie swych zdolności kreatywnych i osiąganie szczęścia w procesie przystosowania się do przyszłości.
Źródło: tekst własny.
Zanotuj czas, jaki zajęło Ci przeczytanie powyższego tekstu. Teraz, bez zaglądania do tekstu odpowiedź na poniższe pytania. Każde pytanie ma 3 możliwe odpowiedzi, gdzie tylko jedna jest poprawna.
1.Zdrowie to:
a) stan fizjologiczno – biologiczny
b) dobre samopoczucie
c) brak choroby
2.Światowa Organizacja Zdrowia uznaje zdrowie za:
a) brak choroby
b) brak ułomności
c) pozytywny stan samopoczucia
3.W którym roku Talcott Pearsons zaproponował swój sposób uznawania osoby za zdrową lub chorą?
a) 1966
b) 1968
c) 1969
Sprawdź teraz – zaglądając do tekstu – czy twoje odpowiedzi są poprawne, czy nie oraz zanotuj ilu udzieliłeś poprawnych odpowiedzi.
Obliczysz teraz [samodzielnie] jak szybko czytasz oraz ile jesteś w stanie zapamiętać z czytanego tekstu, a więc obliczysz prędkość czytania [w postaci liczby słów czytanych na minutę] oraz stopień rozumienia czytanego tekstu [w procentach].
Prędkość czytania oblicza się według wzoru:
Liczba słów czytanego tekstu podzielona przez czas czytania w sekundach i pomnożona przez 60.
Przeczytany przez Ciebie tekst liczby 400 słów. Sprawdź teraz ile czasu [w sekundach] zajęło Ci jego przeczytanie. Załóżmy, że zrobiłeś to w 46 sekund. Liczymy: 400 [liczba słów] : 46 [czas czytania] x 60 = 522, a więc czytasz 522 słów na minutę.
Stopień zrozumienia tekstu liczy się według wzoru:
Liczba udzielonych poprawnych odpowiedzi podzielona przez liczbę wszystkich możliwych odpowiedzi i pomnożona przez 100%.
W naszym przypadku: były 3 możliwe odpowiedzi. Jeśli odpowiedziałeś poprawnie np. na tylko jedno pytanie [sprawdź teraz swój uzyskany wynik], to stopień zrozumienia tekstu obliczymy następująco: 1 [liczba poprawnych odpowiedzi] : 3 [liczba możliwych odpowiedzi] x 100% = 33,3%.
Po przeprowadzeniu powyższych obliczeń powinieneś otrzymać następujące dane:
Twoja prędkość czytania wynosi [według przykładowych danych] 522 słów na minutę z 33% stopniem zrozumienia czytanego tekstu.
WYNIK TESTU, czyli GDZIE JESTEŚ DZISIAJ?
Skala szybkości czytania dla języka polskiego wygląda następująco:
Liczba czytanych słów na minutę:
Do 150 - Bardzo powoli
Do 200 - Wolno
Do 250 - Przeciętnie
Do 350 - Ponadprzeciętnie
Do 500 - Umiarkowanie szybko
Do 650 - Szybko
Do 800 - Bardzo szybko
Jeżeli jesteś przeciętnym polskim czytelnikiem, to twoja szybkość czytania kształtuje się na poziomie 150 - 200 słów na minutę ze stopniem zrozumienia czytanego tekstu na poziomie 30 %.
Teraz samodzielnie odpowiedź sobie na pytanie:
Czy ze swoją prędkością czytania, jesteś w stanie ogarnąć i przetrawić w jakiś sensowny sposób te wszystkie zalewające Cię informacje?
Co według Ciebie jest bardziej opłacalne: czytanie 100 stronicowej książki w godzinę, czy w trzy godziny?
Czy wystarczy, że z lektury danej książki zapamiętasz tylko 30% informacji, czy musisz zapamiętać pełne 100%?
Czy z czysto ekonomicznego punktu widzenia rozsądne jest poświęcenie określonej ilości czasu i pieniędzy, na to żeby zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i zarobić jeszcze więcej pieniędzy?
Te i tym podobne pytania są w erze informacji już nie tylko potrzebne, ale i konieczne.
UŚWIADOMIŁEŚ SOBIE WŁAŚNIE, ŻE...
Skoro doczytałeś do tego miejsca, to z pewnością zdajesz sobie już sprawę, jak ważna, jest umiejętność szybkiego czytania i wiesz także, że TY na razie tej umiejętności nie posiadasz. Z tego wyciągnąć można prosty wniosek, że chcesz to zmienić i to jak najszybciej. Chcesz i musisz.
Odpowiedz sobie na pytanie: czy ja naprawdę mogę zacząć czytać szybko i sprawnie? Czy stanowię dobry materiał na szybkiego czytelnika?
Znam doskonale te rozterki. Skąd? Sam przechodziłem przez ten proces. Znalezienie pozytywnej odpowiedzi kosztowało mnie naprawdę dużo i to pod każdym względem. Jednak, kiedy już miałem w garści tą odpowiedź, wszystko poszło gładko. Wiesz już, jaka to odpowiedź, prawda?
JA TO ZROBIŁEM!
Jestem samoukiem. Moja obecna prędkość czytania wynosi kilka tysięcy słów na minutę. Codziennie czytam przynajmniej jedną książkę. Rocznie daje, to co najmniej 350 przeczytanych książek. Pomyśl, czy przeczytanie 350 książek zmieniło być coś w twoim życiu? Chociaż troszeczkę?
Ponadto umiejętność szybkiego czytania pozwala mi być na bieżąco z najnowszymi informacjami i trendami, a ponadto daje mi możliwość wyboru czytanych tekstów, bo zawsze wiem, że mogę do czegoś wrócić i szybko przeczytać, jak tylko okaże się to dla mnie potrzebne. Dzięki temu nie daję się ogłupić zalewowi przypadkowych informacji.
JAK TO ZROBIŁEM?
Jak to osiągnąłem? Bardzo prosto. Wytyczyłem sobie cel, jakim było uzyskanie prędkości 1000 słów na minutę i zacząłem trenować. Mam na myśli taki sam trening, jak w sporcie. Dlaczego? Szybkie czytanie, to umiejętność. A każda umiejętność ma to do siebie, że nie wykonywana zanika. Z drugiej strony, to właśnie z nią najlepiej sprawdza się stare powiedzenie, że trening czyni mistrza.
No dobrze, ale skoro trening, to muszą być i ćwiczenia. Tak, to prawda. Jakie ćwiczenia robiłem? A choćby takie...
PRAKTYCZNE ĆWICZENIA
Zrób poniższe ćwiczenia stosując się ściśle do instrukcji.
1. Ósemka.
Cel: koordynacja półkul mózgowych.
Jak: Narysuj na kartce papieru wielką ósemkę w poziomie, zaczynając w punkcie środkowym i rysując figurę w lewą stronę do góry. Nie możesz w czasie ćwiczenia ruszać głową.
Czas: 1 minuta.
2. Koła.
Cel: poszerzenie pola widzenia.
Jak: przez conajmniej minutę zataczaj oczami jak najszersze koła. Rób to raz najwolniej, a raz najszybciej jak potrafisz.
Czas: conajmniej 1 minuta.
3. Przeskakiwanie.
Cel: gimnastyka oczu.
Jak: znajdź w dowolnym miejscu dwa oddalone od siebie dowolne punkty leżące na tej samej wysokości. Może to być np. róg ściany i kontakt itp. Przeskakuj oczami między tymi punktami, najpierw bardzo powoli, a następnie coraz szybciej. W czasie wykonywania ćwiczenia nie wolno poruszać głową i/lub ramionami.
Czas: 1 minuta.
4. Palming.
Cel: relaks dla oczu
Jak: potrzyj o siebie swoje dłonie, aby się rozgrzały. Przyłóż je do oczu, kładąc palce pionowo na czole [małe palce obu rąk powinny znajdować się w kącikach oczu]. Nie naciskaj palcami na oczy. Palce powinny być złączone, aby po otwarciu oczu widać było ciemność. Przez minutę wpatruj się w tą ciemność. Następnie otwórz oczy i natychmiast spojrzyj na dowolny punkt położony możliwie jak najdalej od Ciebie [możesz wyjrzeć przez okno].
Czas: 1 minuta.
TEST SZYBKOŚCI CZYTANIA I STOPNIA ZROZUMIENIA TEKSTU –część 2
UWAGA: W tym ćwiczeniu używaj w czasie czytania – wskaźnika. Może nim być twój palec. W czasie czytania przesuwaj palcem ruchem jednostajnym wzdłuż linii tekstu. Możesz dotykać palcem ekran monitora. Musisz czytać nad palcem, czyli dokładnie tam, gdzie wskazuje jego końcówka. Należy także przesuwać palec nieco szybciej, niż wynosi Twoje normalne tempo czytania. Nie musisz także wcale przesuwać wskaźnikiem od początku danej linii tekstu do jej końca.
Jeśli jesteś gotowy, to przeczytaj tekst znajdujący się na następnej stronie. Czytaj w swoim normalnym tempie. Upewnij się, że nikt nie będzie Ci przeszkadzał – skup się. Pamiętaj, aby zmierzyć czas czytania.
Promocja zdrowia [ok. 400 słów]
Próbując określić ją w paru słowach można powiedzieć, że są to wszelkie działania mające na celu umacnianie zdrowia pojedynczych osób, a w rezultacie także całych społeczności. Słowo "promocja" dosłownie oznacza podnoszenie czegoś (kogoś) na wyższy poziom. Tak, więc przez analogię można powiedzieć, że promocja zdrowia zmierza do "podniesienia" zdrowia na wyższy poziom (jego polepszenia, a nie tylko zapobiegania określonym chorobom). Jest to wyraźnie szersze pojęcie niż profilaktyka zdrowotna, która na celu ma przede wszystkim zapobieganie konkretnym schorzeniom. Poprzez propagowanie zdrowego stylu życia, prawidłowego odżywiania się, regularnej aktywności fizycznej itp. Promocja zdrowia ma prowadzić do podniesienia komfortu życia, a w efekcie długofalowym do jego wydłużenia.
Regionalne Biuro Światowej Organizacji Zdrowia Regionu Europejskiego w 1984 roku opublikowało "Dokument dyskusyjny na temat promocji zdrowia", w którym określono tę promocję jako proces umożliwiający jednostkom i grupom zwiększenie kontroli nad czynnikami determinującymi zdrowie. W toku tego procesu tworzy się całościową koncepcję zapewnienia warunków i wprowadzenia stylów życia zmierzających do zachowania zdrowia. Zaangażowanym w ten proces stawia się także zadanie stworzenia strategii mediacji między ludźmi a szeroko rozumianym środowiskiem, w celu dokonywania odpowiedzialnych wyborów indywidualnych, jak i zespołowych dotyczących zdrowia społecznego dzisiaj i w przyszłości.
W "Karcie Ottawskiej" - dokumencie wydanym na zakończenie pierwszej Międzynarodowej Konferencji Promocji Zdrowia - charakteryzując działalność na rzecz promowania zdrowia wymieniono pięć płaszczyzn, w których zakresie podejmowanie przedsięwzięć ma potencjalnie największy wpływ na jej kształt.
Promocja zdrowia to aktywność społeczna ukierunkowana na taką kooperację jednostek i grup, aby decyzje tych podmiotów miały u swego podłoża refleksję o wpływie dokonywanych wyborów na warunki zapewniające tym podmiotom możliwość realizacji zdrowego stylu życia. Aktywność promowania zdrowia jest przypisana tym wszystkim podmiotom, które mają możliwość oddziaływania na zdrowy styl życia i na dobre samopoczucie wszystkich członków społeczeństwa. Wynika stąd wniosek, że promocja zdrowia należy do grupy problemów społecznych i politycznych, a nie, jak się potocznie uważa, do grupy problemów znajdujących się głównie w kompetencjach medycyny i służb z nią bezpośrednio związanych. Co nie eliminuje ich udziału w procesie rzecznictwa. Wręcz przeciwnie, lekarze i inni specjaliści medyczni są niezbędni na każdym etapie realizacji programów promocyjnych jako eksperci i jako osoby znaczące, których poparcie i aktywny udział legitymizuje i uprawomocnia procedury działaniowe organizatorów w świadomości odbiorców.
Źródło: tekst własny.
Zanotuj czas, jaki zajęło Ci przeczytanie powyższego tekstu. Teraz, bez zaglądania do tekstu odpowiedź na poniższe pytania. Każde pytanie ma 3 możliwe odpowiedzi, gdzie tylko jedna jest poprawna.
1.Co to jest promocja zdrowia?
a) działanie ku umacnianiu zdrowia ludzi
b) reklamowanie zdrowia
c) działanie ku zapobieganiu chorobom
2.„Karta Ottawska” została wydana:
a) przez Regionalne Biuro Światowej Organizacji Zdrowia Regionu Europejskiego
b) na zakończenie Międzynarodowej Konferencji Promocji Zdrowia
c) przez rząd kanadyjski w Ottawie
3.Promocja zdrowia należy do grupy problemów:
a) społecznych
b) medycznych
c) politycznych i społecznych
Sprawdź teraz – zaglądając do tekstu – czy twoje odpowiedzi są poprawne, czy nie oraz zanotuj ilu udzieliłeś poprawnych odpowiedzi.
Oblicz teraz – korzystając z procedury opisanej w pierwszym teście - swoją prędkość czytania [w postaci liczby słów czytanych na minutę] oraz stopień rozumienia czytanego tekstu [w postaci procentów].
WYNIK = CUD
Spójrz jeszcze raz na wynik ostatniego testu i porównaj go z wynikiem uzyskanym z pierwszym teście. Co TY na to? Czy to może pomyłka? Nie, to rzeczywistość.
Właśnie poprzez wykonywanie takich ćwiczeń, jakie właśnie wykonałeś, trenujesz swoje oko i umysł, a dzięki temu stajesz się prawdziwym szybkim czytelnikiem. Czy potrzebujesz jeszcze jakiegoś dowodu na skuteczność tych ćwiczeń? Co powiesz na ebook wypełniony po brzegi tego typu ćwiczeniami? Co powiesz na publikację, która gwarantuje Ci wypracowanie w sobie umiejętności szybkiego czytania na poziome, co najmniej kilkuset czytanych słów na minutę?
Tagi:
test szybkiego czytania
Jak tworzyć szczęśliwe związki?
Bez miłości można rąbać drzewo, wypalać cegły, kuć żelazo.
Lecz bez miłości nie można zbliżyć się do drugiego człowieka.
Lew Tołstoj
Wiele osób łączy szczęście z miłością. Spotykamy kogoś i nagle wydaje nam się, że to ideał, niemal bez wad, zasługujący na to, by mu wszystko wybaczyć, akceptować go bezwarunkowo. Każda chwila z nim jest piękna, wyzwala nas z samotności, nadaje sens istnieniu. Wkrótce czujemy, że nie możemy żyć bez ukochanej osoby, każda chwila bez niej pozostaje tylko tęsknotą i liczeniem czasu do następnego spotkania.
Stan zakochania uskrzydla nas i uwzniośla - nic dziwnego, że niemal jednogłośnie uznawany jest przez psychologów za stan pokrewny chorobie psychicznej, lekką odmianę psychozy. Często zakochaniu towarzyszy fascynacja erotyczna. Zakochanie na ogół nie trwa dłużej niż kilka miesięcy, choć odpowiednio podtrzymywane może potrwać i parę lat. Potem nieuchronnie przychodzi przebudzenie, a z nim często rozczarowanie. Dlatego wiele małżeństw zawartych pod wpływem zakochania kończy się w sądach wśród kolejnych porywów - tym razem wywołanych mniej przyjemnymi uczuciami jak niechęć, złość, gniew, nienawiść. Wzajemne oskarżenia, walka, szukanie winnego, poniżanie i deptanie godności partnera sprawiają, że małżonkowie nie pamiętają już o tym, jak bardzo byli ze sobą szczęśliwi w początkach ich związku.
Niemiecko-amerykański filozof i psychoanalityk Erich Fromm w swej znanej książce "O sztuce miłości" przeciwstawia zakochanie prawdziwej miłości. To samo czyni także etyka chrześcijańska, buddyjska, hinduska oraz inne religie czy światopoglądy wskazujące Miłość jako najwyższą wartość. Miłość to wola budowania z drugą osobą partnerstwa opartego na głębokim poznaniu, szacunku, zaufaniu, trosce i wierności - póki ich śmierć nie rozłączy. Zdaniem zwolenników takiej Miłości, każda para ludzi, którzy nie są dla siebie odpychający erotycznie, może ją stworzyć, jeśli tylko oboje będą mieć taką wolę. Dlatego być może małżeństwa aranżowane przez naszych rodziców, zawierane w spokojny i rozważny sposób, nie były wcale takie złe. Jeśli ludzie dzielą ze sobą troski dnia codziennego, jeśli nie zdradzają się, to nawet jeśli w chwili ślubu nie byli w stanie zakochania, po pewnym czasie powstanie między nimi Miłość.
Jednym z problemów naszego współczesnego społeczeństwa jest tęsknota za Miłością oraz towarzyszący jej lęk przed bliskością, brak umiejętności budowania trwałych związków. Coraz więcej małżeństw rozwodzi się po pierwszych kryzysach, twierdząc, że nie był to udany związek albo, że w ogóle nic między nimi nie było, ich wspólne życie było puste. Potrzebując ciepła, akceptacji, czułości, troski, większość osób próbuje te potrzeby zaspokajać w płytkich znajomościach, przelotnych romansach, okazjonalnym seksie. W rezultacie współczesny człowiek wciąż czegoś szuka, wciąż za czymś tęskni, a jest samotny, wyobcowany, oddzielony od innych. Słaby i przerażony najczęściej nie potrafi zaufać sobie i drugiemu człowiekowi, wejść w głębsze obszary intymności, wpuścić kogoś do swojego wnętrza. Decyzja, aby zacząć budować bliski związek, na pewno niesie ze sobą duże ryzyko. Boimy się zranień, boimy się porażki, boimy się odrzucenia. W życiu nasłuchaliśmy się dość osądów, oskarżeń, więc sami już często nie wierzymy w nasz potencjał, nie dostrzegamy swoich zalet i mocnych stron. Lękamy się zobaczyć siebie prawdziwego i dać sobie szansę na akceptację, na zrozumienie, na miłość - dla samych siebie, a co za tym idzie też dla drugiej osoby.
Istotnym problemem naszych czasów, uniemożliwiającym tworzenie bliskich relacji, jest poszukiwanie szczęścia w świecie zewnętrznym, poza nami samymi. Konsekwencją takiej postawy jest powszechne myślenie, że udany związek to taki, w którym aby każdy z partnerów był szczęśliwy, drugi powinien się zmienić. Wychodzimy tutaj z założenia, że to druga osoba jest winna naszym frustracjom, problemom, brakowi satysfakcji ze wspólnego życia. Staramy się więc starannie pokazywać jej błędy, mówić, w jaki sposób powinna postępować, wskazywać, czego nam brakuje. Oczekujemy, że druga osoba nas uszczęśliwi, gdy zmieni się według naszych sugestii. Skoncentrowani na sobie i swoich niezaspokojonych potrzebach, frustracjach i niespełnieniach, na ogół więc nie słuchamy, tylko bardzo chcemy i egzekwujemy od partnera, aby to on nas słuchał. Pragniemy, aby druga strona uznała nasze argumenty, ale jesteśmy zamknięci na jej inne zdanie, nie przyjmujemy tego, co mówi do nas. Chcemy, aby nas akceptowano i rozumiano, ale sami nie jesteśmy skłonni do okazywania empatii i wyrozumiałości. Takie postawy rodzą coraz więcej niezadowolenia, braku satysfakcji ze wspólnego życia, wzajemnej niechęci, oskarżeń, osądów, pretensji, brak szacunku, obelg itd. Kłótnie zaczynają eskalować i stają się coraz ostrzejsze, coraz bardziej raniące i poniżające dla obydwu stron.
Małżeństwo, wspólne życie może stać się zarówno przestrzenią dla rozwoju obydwu partnerów poprzez wspólne doświadczanie i budowanie Miłości, jak też może również stanowić pasmo rozczarowań, sporów, zatargów, napięć, wzajemnej niechęci przeradzającej się z czasem w nienawiść. Oczywiście nikt nie zaczyna związku z drugą osobą z założeniem, że będzie on nieudany. Co więc możemy zrobić, aby znaleźć spełnienie w relacji z bliską osobą?
W dzisiejszych czasach rzadko dostrzegamy potrzebę doskonalenia własnych umiejętności komunikowania się. Najczęściej uważamy, że związek sam będzie żył swoim życiem, sam się zbuduje. Większość ludzi nie bierze pod uwagę faktu, że została wychowana w tradycji zaprzeczania uczuciom - nieświadomie więc te same schematy powtarza we własnych związkach. Wiele osób nie zdaje sobie też sprawy z własnych potrzeb, a większość nie daje sobie nawet prawa do ich posiadania. Tym samym trudno nam empatycznie odnosić się do potrzeb partnera. Również ze względu na systemy nauczania skoncentrowane na ocenianiu i opierające się na rywalizacji, nie mieliśmy możliwości nauczenia się szczerego wyrażania własnych uczuć i potrzeb oraz otwartej komunikacji budującej współpracę. Wynika z tego w sposób oczywisty, że paradoksalnie podstawą budowania satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi jest zwrócenie się ku sobie - praca nad własnym rozwojem w kierunku nazywania i wyrażania uczuć, potrzeb, próśb, informacji zwrotnych, wdzięczności.
Każdy z nas ma wdrukowane jakieś nawyki i schematy z przeszłości, które powtarza w relacjach z innymi ludźmi, a szczególnie w bliskich związkach. Mamy zdolność wikłania się w pewien określony rodzaj reakcji, które odtwarzamy nieświadomie, wciąż przeżywając te same frustracje. Ważne, aby nauczyć się je zauważać, rozpoznawać i nie powielać. Nabrać dystansu do własnych opinii, przekonań, sztywności myślenia, uwolnić się od stereotypów, poszerzyć horyzonty. Nauczyć się, jak pokonywać wszelką rutynę oraz jej ograniczający wpływ na nasze życie i relacje z innymi ludźmi. Bycie prawdziwym, bycie sobą, wyrażanie siebie w sposób uczciwy, komunikowanie wprost partnerowi, co się przeżywa, co czuje i czego potrzebuje - to droga do tworzenia bliskich związków. A jeśli człowiek sam jest gotów na bliskość, może pomóc też drugiemu człowiekowi odważyć się na nią. Dzięki otwieraniu siebie na innych ludzi, bliskości, miłości, uczciwości, można tworzyć udane przyjaźnie, szczęśliwe małżeństwa, trwałe partnerskie związki i dobre relacje z dziećmi.
Bez miłości można rąbać drzewo, wypalać cegły, kuć żelazo.
Lecz bez miłości nie można zbliżyć się do drugiego człowieka.
Lew Tołstoj
Wiele osób łączy szczęście z miłością. Spotykamy kogoś i nagle wydaje nam się, że to ideał, niemal bez wad, zasługujący na to, by mu wszystko wybaczyć, akceptować go bezwarunkowo. Każda chwila z nim jest piękna, wyzwala nas z samotności, nadaje sens istnieniu. Wkrótce czujemy, że nie możemy żyć bez ukochanej osoby, każda chwila bez niej pozostaje tylko tęsknotą i liczeniem czasu do następnego spotkania.
Stan zakochania uskrzydla nas i uwzniośla - nic dziwnego, że niemal jednogłośnie uznawany jest przez psychologów za stan pokrewny chorobie psychicznej, lekką odmianę psychozy. Często zakochaniu towarzyszy fascynacja erotyczna. Zakochanie na ogół nie trwa dłużej niż kilka miesięcy, choć odpowiednio podtrzymywane może potrwać i parę lat. Potem nieuchronnie przychodzi przebudzenie, a z nim często rozczarowanie. Dlatego wiele małżeństw zawartych pod wpływem zakochania kończy się w sądach wśród kolejnych porywów - tym razem wywołanych mniej przyjemnymi uczuciami jak niechęć, złość, gniew, nienawiść. Wzajemne oskarżenia, walka, szukanie winnego, poniżanie i deptanie godności partnera sprawiają, że małżonkowie nie pamiętają już o tym, jak bardzo byli ze sobą szczęśliwi w początkach ich związku.
Niemiecko-amerykański filozof i psychoanalityk Erich Fromm w swej znanej książce "O sztuce miłości" przeciwstawia zakochanie prawdziwej miłości. To samo czyni także etyka chrześcijańska, buddyjska, hinduska oraz inne religie czy światopoglądy wskazujące Miłość jako najwyższą wartość. Miłość to wola budowania z drugą osobą partnerstwa opartego na głębokim poznaniu, szacunku, zaufaniu, trosce i wierności - póki ich śmierć nie rozłączy. Zdaniem zwolenników takiej Miłości, każda para ludzi, którzy nie są dla siebie odpychający erotycznie, może ją stworzyć, jeśli tylko oboje będą mieć taką wolę. Dlatego być może małżeństwa aranżowane przez naszych rodziców, zawierane w spokojny i rozważny sposób, nie były wcale takie złe. Jeśli ludzie dzielą ze sobą troski dnia codziennego, jeśli nie zdradzają się, to nawet jeśli w chwili ślubu nie byli w stanie zakochania, po pewnym czasie powstanie między nimi Miłość.
Jednym z problemów naszego współczesnego społeczeństwa jest tęsknota za Miłością oraz towarzyszący jej lęk przed bliskością, brak umiejętności budowania trwałych związków. Coraz więcej małżeństw rozwodzi się po pierwszych kryzysach, twierdząc, że nie był to udany związek albo, że w ogóle nic między nimi nie było, ich wspólne życie było puste. Potrzebując ciepła, akceptacji, czułości, troski, większość osób próbuje te potrzeby zaspokajać w płytkich znajomościach, przelotnych romansach, okazjonalnym seksie. W rezultacie współczesny człowiek wciąż czegoś szuka, wciąż za czymś tęskni, a jest samotny, wyobcowany, oddzielony od innych. Słaby i przerażony najczęściej nie potrafi zaufać sobie i drugiemu człowiekowi, wejść w głębsze obszary intymności, wpuścić kogoś do swojego wnętrza. Decyzja, aby zacząć budować bliski związek, na pewno niesie ze sobą duże ryzyko. Boimy się zranień, boimy się porażki, boimy się odrzucenia. W życiu nasłuchaliśmy się dość osądów, oskarżeń, więc sami już często nie wierzymy w nasz potencjał, nie dostrzegamy swoich zalet i mocnych stron. Lękamy się zobaczyć siebie prawdziwego i dać sobie szansę na akceptację, na zrozumienie, na miłość - dla samych siebie, a co za tym idzie też dla drugiej osoby.
Istotnym problemem naszych czasów, uniemożliwiającym tworzenie bliskich relacji, jest poszukiwanie szczęścia w świecie zewnętrznym, poza nami samymi. Konsekwencją takiej postawy jest powszechne myślenie, że udany związek to taki, w którym aby każdy z partnerów był szczęśliwy, drugi powinien się zmienić. Wychodzimy tutaj z założenia, że to druga osoba jest winna naszym frustracjom, problemom, brakowi satysfakcji ze wspólnego życia. Staramy się więc starannie pokazywać jej błędy, mówić, w jaki sposób powinna postępować, wskazywać, czego nam brakuje. Oczekujemy, że druga osoba nas uszczęśliwi, gdy zmieni się według naszych sugestii. Skoncentrowani na sobie i swoich niezaspokojonych potrzebach, frustracjach i niespełnieniach, na ogół więc nie słuchamy, tylko bardzo chcemy i egzekwujemy od partnera, aby to on nas słuchał. Pragniemy, aby druga strona uznała nasze argumenty, ale jesteśmy zamknięci na jej inne zdanie, nie przyjmujemy tego, co mówi do nas. Chcemy, aby nas akceptowano i rozumiano, ale sami nie jesteśmy skłonni do okazywania empatii i wyrozumiałości. Takie postawy rodzą coraz więcej niezadowolenia, braku satysfakcji ze wspólnego życia, wzajemnej niechęci, oskarżeń, osądów, pretensji, brak szacunku, obelg itd. Kłótnie zaczynają eskalować i stają się coraz ostrzejsze, coraz bardziej raniące i poniżające dla obydwu stron.
Małżeństwo, wspólne życie może stać się zarówno przestrzenią dla rozwoju obydwu partnerów poprzez wspólne doświadczanie i budowanie Miłości, jak też może również stanowić pasmo rozczarowań, sporów, zatargów, napięć, wzajemnej niechęci przeradzającej się z czasem w nienawiść. Oczywiście nikt nie zaczyna związku z drugą osobą z założeniem, że będzie on nieudany. Co więc możemy zrobić, aby znaleźć spełnienie w relacji z bliską osobą?
W dzisiejszych czasach rzadko dostrzegamy potrzebę doskonalenia własnych umiejętności komunikowania się. Najczęściej uważamy, że związek sam będzie żył swoim życiem, sam się zbuduje. Większość ludzi nie bierze pod uwagę faktu, że została wychowana w tradycji zaprzeczania uczuciom - nieświadomie więc te same schematy powtarza we własnych związkach. Wiele osób nie zdaje sobie też sprawy z własnych potrzeb, a większość nie daje sobie nawet prawa do ich posiadania. Tym samym trudno nam empatycznie odnosić się do potrzeb partnera. Również ze względu na systemy nauczania skoncentrowane na ocenianiu i opierające się na rywalizacji, nie mieliśmy możliwości nauczenia się szczerego wyrażania własnych uczuć i potrzeb oraz otwartej komunikacji budującej współpracę. Wynika z tego w sposób oczywisty, że paradoksalnie podstawą budowania satysfakcjonujących relacji z innymi ludźmi jest zwrócenie się ku sobie - praca nad własnym rozwojem w kierunku nazywania i wyrażania uczuć, potrzeb, próśb, informacji zwrotnych, wdzięczności.
Każdy z nas ma wdrukowane jakieś nawyki i schematy z przeszłości, które powtarza w relacjach z innymi ludźmi, a szczególnie w bliskich związkach. Mamy zdolność wikłania się w pewien określony rodzaj reakcji, które odtwarzamy nieświadomie, wciąż przeżywając te same frustracje. Ważne, aby nauczyć się je zauważać, rozpoznawać i nie powielać. Nabrać dystansu do własnych opinii, przekonań, sztywności myślenia, uwolnić się od stereotypów, poszerzyć horyzonty. Nauczyć się, jak pokonywać wszelką rutynę oraz jej ograniczający wpływ na nasze życie i relacje z innymi ludźmi. Bycie prawdziwym, bycie sobą, wyrażanie siebie w sposób uczciwy, komunikowanie wprost partnerowi, co się przeżywa, co czuje i czego potrzebuje - to droga do tworzenia bliskich związków. A jeśli człowiek sam jest gotów na bliskość, może pomóc też drugiemu człowiekowi odważyć się na nią. Dzięki otwieraniu siebie na innych ludzi, bliskości, miłości, uczciwości, można tworzyć udane przyjaźnie, szczęśliwe małżeństwa, trwałe partnerskie związki i dobre relacje z dziećmi.
Czym jest uzależnienie od drugiej osoby?
O uzależnieniu w związkach czy o współuzależnieniu mówi się często jako o podstawowym problemie, który nie pozwala człowiekowi stanąć na własnych nogach i podejmować własne wspierające go decyzje. Czym jest uzależnienie od drugiego człowieka, jak powstaje, czym się objawia i jak sobie z tym poradzić?
Czym jest i jak powstaje?
Człowiek jest uzależniony od innej osoby, jeżeli to od niej zależy ocena własna uzależnionego. Kiedy człowiek chce akceptacji od drugiej ważnej dlań osoby, a nie ma szansy tego uzyskać. I nie ma tu znaczenia czy to jest dziecko łaknące uznania ze strony pijącego rodzica, czy partner/ka nieobliczalnego partnera/ki czy podwładny „silnego” szefa. Problem zaczyna się w momencie, gdy ważna dla nas osoba feruje wyroki, rzuca oceny nieobliczalnie. Za to samo raz można być nagradzanym, podnoszonym na duchu a innym razem zgniecionym słowem, skarconym wzrokiem czy ukaranym fizycznie. Jak wtedy zbudować zasady, na których opiera się funkcjonowanie świata? Jak dziecko ma ustalić, co jest „dobre”, czyli nagradzane a co „złe”, czyli powodujące negatywną ocenę? Uzależnienie najczęściej rodzi się w domu rodzinnym człowieka i potem jest życiowym „przekleństwem”, z który nie umiemy poradzić sobie w kolejnych związkach i to zarówno przyjacielskich jak i partnerskich oraz relacjach w pracy. Ciągle usiłujemy odkryć, jakimi zasadami rządzi się ważna dla nas osoba. Staramy się ze wszech sił znaleźć klucz do jej serca. Zaistnieć w jej oczach jako wartościowa jednostka. Ale nie wiem, jak byśmy się starali, nie osiągamy celu, bo świat tejże ważnej osoby nie rządzi się ustalonymi regułami, ale podlega emocjonalnym impulsom. Kiedy drugi jest w złym nastroju, sfrustrowany, podniecony... wyładowuje energię na otoczeniu. Daje upust swojemu złemu humorowi w nieobliczalny sposób. Stąd niemożność ustalenia zasad, jakimi kieruje się on w życiu. Stąd nasze frustracje, niska samoocena i... przenoszenie tych wzorców na następne pokolenia.
Jak się objawia?
Nasze myślenie jest nieustająco skierowane na zadowolenie drugiej osoby. Chcemy, by była spokojna, bo tylko wtedy jest „obliczalna”, oceniamy swoje postępki w kategoriach, jak ona mogłaby na to zareagować, czy to się jej spodoba czy nie, jak ona postąpiłaby w tej sytuacji, jakie będą konsekwencje naszej decyzji, działania, reakcji... Jesteśmy w stałym wewnętrznym kontakcie z drugim człowiekiem niezależnie od odległości, jaka nas dzieli i czasu, który upłynął od fizycznego rozstania z nią. Można powiedzieć, że do oceny siebie, swoich postępków, wyborów, uczuć, myśli używamy cudzego zestawu przekonań, opieramy się na cudzym kręgosłupie, cudzy głos „gada” nam w głowie, posługujemy się cudzymi emocjami, cudzą oceną, cudzym zestawem przekonań, ocen, sądów. I nie ma znaczenia czy tego drugiego postrzegamy jako cudowna osobę, bez której nie potrafimy żyć, gdyż tylko ona nas dowartościowuje, czy też uciekamy, nienawidzimy, złościmy się na nią i nie chcemy za żadne skarby powielić jej wzorca zachowań. Jej „obecność” jest nieunikniona i właściwie niezbędna, albowiem sami nie stworzyliśmy dostatecznie mocnego, stabilnego własnego „kręgosłupa” psychicznego. Albo pozwoliliśmy go sobie zniszczyć. Nawet osoba z wysoką samooceną natrafiwszy na partnera „nieobliczalnego”, czy takiegoż przełożonego w pracy, nauczyciela, współpracownika może stracić zaufanie do swojej oceny. Zbytnie zaangażowanie w więź i potrzeba zaakceptowania właśnie przez tego człowieka, rodzi zagrożenie uzależnienia się od niego, gdyż to on zaczyna nadawać nam wartość. A przy braku reguł, którymi operuje druga osoba, zaczynamy się gubić.
Jak sobie z tym poradzić?
Teoretycznie sprawa jest prosta. Wystarczy zdecydować, w co wierzymy, co jest dla nas wartościowe w życiu, co chcemy w życiu osiągnąć na poziomie wartości. Ale dokonanie tego jest długotrwałym procesem „budzenia siebie do niezależności”. Punkt oceny dotyczący nas samych przenosimy z zewnątrz do wnętrza. Dzień po dniu zastanawiamy się, co jest dla nas ważne, szczególnie w dziedzinach, które sprawiają nam największe trudności. Dobrze jest rozmawiać o takich sprawach z osobami, które darzymy zaufaniem. Pomocne może być sięganie do książek – poradników, w których przystępnie omówiony jest dokuczający nam problem i są praktyczne wskazówki, co robić na co dzień, aby sobie z nim poradzić. Jedno jest pewne, aktywnie działamy, obserwujemy siebie, badamy swoje uczucia, docieramy do intencji, które w ten sposób chcemy zrealizować. Bierzemy życie w swoje ręce. To nie świat ma nas zaakceptować, to my sami mamy dokonać tego dzieła akceptacji siebie a wtedy okaże się, że i świat zewnętrzny jest nam bardziej przychylny.
Człowiek, który wyszedł z domu z niskim poczuciem wartości, z niedosytem miłości, całe życie usiłuje wypełnić tę lukę z pomocą innych ludzi. I niewątpliwie wielką pomocą jest przyjazne nastawienie innych osób, wsparcie, inspiracja, ale... problem polega na tym, że nas to nigdy nie „nasyca”. Zawsze nam mało. Sto pochwał nie równoważy jednej złej oceny. Nasza samoocena ma tendencję do „zjeżdżania w dół” przy każdym potknięciu, niewłaściwej reakcji, nawet krytyce skierowanej do innych osób. To do nas odnosi się powiedzenie „uderz w stół a nożyce się odezwą”. To my sami siebie nieustannie krytykujemy. To my źle reagujemy na komplementy, zazdrościmy innym pochwał i sukcesów, nie doceniamy własnych osiągnięć. A więc do dzieła! Zacznij od zmieniania swoich nawykowych reakcji.
Po pierwsze przebuduj sposób myślenia. Od dzisiaj ucz się myśleć twórczo, to znaczy tak, by Twoje ciało reagowało rozluźnieniem i zadowoleniem, a nie skurczem i utratą energii. Każdorazowo, gdy oceniasz się negatywnie obniżasz swoje możliwości i odbierasz sobie energię na przyszłość. Być może uważasz, że krytyka jest twórcza i tak byliśmy wychowywani i w domu i w szkole. Ale czy lubisz, gdy inni inspirują Cię krytyką? Czy z ochotą zmieniasz to, co inni skrytykowali? A pamiętasz chwile, gdy ktoś pociągał Cię do pracy czy do wysiłku zachętą, wspólnym przeżywaniem radości, wizją osiągnięcia pociągającego celu? Jak się wtedy czułaś? Czy wysiłek był przykrością, poświęceniem, powinnością? Uczyń z siebie swojego przyjaciela i zacznij inspirować siebie myślą, słowem i działaniem. Zacznij zauważać i chwalić siebie za drobne osiągnięcia. Sukces składa się z małych kroczków. Możesz wprowadzić rytuał zasypiania z pozytywnym podsumowaniem swoich dokonań w ciągu dnia. Co dałaś radę zrobić dzisiaj? Co nowego wprowadziłaś do swojego życia? Jaki sukces odniosłaś na drodze do zbadania swoich wartości i ustalenia, do czego dążysz? Jakie podjęłaś działania? O ile łatwiej przychodzi Ci to dzisiaj niż miesiąc temu? Ciesz się nawet najmniejszą zmianą na lepsze. Dodawaj sobie otuchy. Powtarzaj sobie pochwały, którymi zostałaś obdarzona w ostatnim czasie.
Pisz w specjalnym zeszycie o swojej wytrzymałości, o swoim sprycie by przetrwać, by zdobyć uznanie, by osiągnąć coś, na czym Ci zależało. Doceń swoją przeszłość. Popatrz na siebie młodszą oczami z tamtych czasów i pochwal siebie za zachowania, które pozwoliły Ci przeżyć. Bo dałaś radę. Żyjesz i masz teraz szansę wykryć mechanizmy, które doprowadziły Cię do stanu, w którym jesteś i zmienić je na takie, które będą wspierać Cię w wędrówce w pożądanym kierunku.
Zadawaj sobie pytanie, co zyskałam dzięki trudnościom, które były moim udziałem? Czego się nauczyłam? Do czego mnie te zdarzenia, sytuacja zmotywowały? Jak to wpłynęło na moje umiejętności życiowe? Jak moje „nieustające zasługiwanie” uformowało mój charakter? Jakich cech nie wytworzyłabym, gdybym miała życie usłane różami?
Każdy kij ma dwa końce. Koniec zły, bolesny, jest nam zazwyczaj dobrze znany. Teraz zainteresuj się drugim końcem, szukaj sensu doświadczeń, których byłaś uczestnikiem. Badaj tak zwane „wtórne korzyści”, czyli to, co przy okazji zyskujesz lub przed czym jesteś chroniona. Nasze wewnętrzne impulsy, płynące często nieświadomie, a oparte na przeszłych doświadczeniach, miały swój sens w tamtym czasie, gdy się ich uczyliśmy. Wtedy były dobrym wyborem. Dzisiaj już nam nie służą. I trzeba wewnętrznie „uaktualnić dane”, odkryć przeszłą funkcjonalność naszych przekonań i reakcji i świadomie przekształcić je w inne. Początkowo nie będzie to automatyczne. Więc nie karz siebie za to, że nie udaje Ci się zmiana w stu procentach od razu. Raczej skacz z radości, gdy powiedzie Ci się chociaż w jednym procencie. To już pierwszy krok!
Dopieszczaj swoje ciało. Nie krytykuj tego, co Ci się nie podoba. Raczej dawaj uwagę temu, co lubisz. Jedz to, co służy ciału – co daje energię i jest dobrze trawione. Nie musisz polegać na zewnętrznych zaleceniach (kolejna dieta cud!). Masz okazję zbudować własny „kręgosłup” oceny w sprawie żywienia. Twoje ciało cały czas wysyła informacje do Ciebie, co mu służy a co nie. Kiedy siedzisz na niewygodnym fotelu i oglądasz telewizję dostajesz delikatne sygnały, żeby zmienić pozycję. Zajęta filmem nie słuchasz ich. Ciało zwiększa natężenie sygnałów. Może głuszysz sygnały pastylkami lub alkoholem. Ale... ciało nie daje za wygraną. W końcu wstajesz z fotela stękając i jęcząc, bo ból jest okropny. Przeklinasz swoje ciało. Za co? Za swoją głuchotę na jego wysiłki przywrócenia dobrostanu? Czyż nasz przewód pokarmowy nie sygnalizuje, że jemy nie to, czego potrzebuje? Czyż nie wysyła często nieprzyjemnych sygnałów, by nas obudzić do zauważenia błędów, które popełniamy? Więc miast wstydzić się „efektów specjalnych” zapachowo-dźwiękowych, zacznij badać, co je wywołuje? Jesz za szybko? Nerwowo? Krytykując siebie? Niestarannie żujesz? Popijasz płynami, nie produkując dostatecznej ilości śliny, która zawiera enzymy pomagające w trawieniu? Jesz za dużo pieczywa, a może mięsa? Za mało warzyw? Surówki Ci szkodzą? Gotowane warzywa przynoszą ulgę? To Ty masz odkryć swoje potrzeby. Tylko Twój organizm powie Ci, co jest dla Ciebie dobre. Więc zaprzyjaźnij się z nim i naucz „czytać” w nim jak w księdze.
Dotleniaj swoje ciało w taki sposób, by było to dla Ciebie przyjemne. Koleżanki chodzą na aerobik i namawiają Cię na to samo. Ale może Ty wolisz samotne spacery lub tańce południowoamerykańskie? A może do Ciebie pasuje joga, wyciszenie? Może rower? To ma być Twój czas relaksu, odmiany od codziennych obowiązków, wyłączenie nerwowego myślenia o obowiązkach, zagrożeniach, konsekwencjach...
Naucz się relaksować swoje ciało i przeładowaną zdarzeniami psychikę. Zamiast siedzieć pod telewizorem i biernie podążać za migotliwymi obrazami, feerią morderstw i zalewem przemocy, daj swemu ciału i psychice wytchnąć. Wykorzystaj kasety z nagranymi „instrukcjami” rozluźniania się, słuchaj łagodnej muzyki, naucz się głęboko i płynnie oddychać, poznaj smak przebywania w wewnętrznej ciszy.
Jeśli jesteś w bardzo głębokim uzależnieniu, skorzystaj z fachowej pomocy. Kursy dla dorosłych dzieci alkoholików są świetnym sposobem, by zrozumieć swoje mechanizmy obronne, swoje zapętlenia i wydobyć się z nich. Szukaj grup wsparcia, korzystaj z warsztatów lub innych zajęć grupowych, na których wspólnie można rozwiązywać podobne wyzwania. Nie będziesz samotna ze swoim problemem. Staniesz się automatycznie jedną z wielu, nie gorszą, nie zasługującą na odrzucenie, ale dzielną, bo szukającą rozwiązania. Jeśli nie ma grupy, korzystaj z zajęć indywidualnych. Gdy cieknie kran, wołasz hydraulika. Gdy szwankuje psychika, zwróć się do terapeuty. Ale nie po to, by Cię poprowadził za rękę przez życie, ale by pomógł Ci odbudować Twoja moc, Twoją siłę wewnętrzną, odzyskać Twoje prawo do szczęśliwego życia.
O uzależnieniu w związkach czy o współuzależnieniu mówi się często jako o podstawowym problemie, który nie pozwala człowiekowi stanąć na własnych nogach i podejmować własne wspierające go decyzje. Czym jest uzależnienie od drugiego człowieka, jak powstaje, czym się objawia i jak sobie z tym poradzić?
Czym jest i jak powstaje?
Człowiek jest uzależniony od innej osoby, jeżeli to od niej zależy ocena własna uzależnionego. Kiedy człowiek chce akceptacji od drugiej ważnej dlań osoby, a nie ma szansy tego uzyskać. I nie ma tu znaczenia czy to jest dziecko łaknące uznania ze strony pijącego rodzica, czy partner/ka nieobliczalnego partnera/ki czy podwładny „silnego” szefa. Problem zaczyna się w momencie, gdy ważna dla nas osoba feruje wyroki, rzuca oceny nieobliczalnie. Za to samo raz można być nagradzanym, podnoszonym na duchu a innym razem zgniecionym słowem, skarconym wzrokiem czy ukaranym fizycznie. Jak wtedy zbudować zasady, na których opiera się funkcjonowanie świata? Jak dziecko ma ustalić, co jest „dobre”, czyli nagradzane a co „złe”, czyli powodujące negatywną ocenę? Uzależnienie najczęściej rodzi się w domu rodzinnym człowieka i potem jest życiowym „przekleństwem”, z który nie umiemy poradzić sobie w kolejnych związkach i to zarówno przyjacielskich jak i partnerskich oraz relacjach w pracy. Ciągle usiłujemy odkryć, jakimi zasadami rządzi się ważna dla nas osoba. Staramy się ze wszech sił znaleźć klucz do jej serca. Zaistnieć w jej oczach jako wartościowa jednostka. Ale nie wiem, jak byśmy się starali, nie osiągamy celu, bo świat tejże ważnej osoby nie rządzi się ustalonymi regułami, ale podlega emocjonalnym impulsom. Kiedy drugi jest w złym nastroju, sfrustrowany, podniecony... wyładowuje energię na otoczeniu. Daje upust swojemu złemu humorowi w nieobliczalny sposób. Stąd niemożność ustalenia zasad, jakimi kieruje się on w życiu. Stąd nasze frustracje, niska samoocena i... przenoszenie tych wzorców na następne pokolenia.
Jak się objawia?
Nasze myślenie jest nieustająco skierowane na zadowolenie drugiej osoby. Chcemy, by była spokojna, bo tylko wtedy jest „obliczalna”, oceniamy swoje postępki w kategoriach, jak ona mogłaby na to zareagować, czy to się jej spodoba czy nie, jak ona postąpiłaby w tej sytuacji, jakie będą konsekwencje naszej decyzji, działania, reakcji... Jesteśmy w stałym wewnętrznym kontakcie z drugim człowiekiem niezależnie od odległości, jaka nas dzieli i czasu, który upłynął od fizycznego rozstania z nią. Można powiedzieć, że do oceny siebie, swoich postępków, wyborów, uczuć, myśli używamy cudzego zestawu przekonań, opieramy się na cudzym kręgosłupie, cudzy głos „gada” nam w głowie, posługujemy się cudzymi emocjami, cudzą oceną, cudzym zestawem przekonań, ocen, sądów. I nie ma znaczenia czy tego drugiego postrzegamy jako cudowna osobę, bez której nie potrafimy żyć, gdyż tylko ona nas dowartościowuje, czy też uciekamy, nienawidzimy, złościmy się na nią i nie chcemy za żadne skarby powielić jej wzorca zachowań. Jej „obecność” jest nieunikniona i właściwie niezbędna, albowiem sami nie stworzyliśmy dostatecznie mocnego, stabilnego własnego „kręgosłupa” psychicznego. Albo pozwoliliśmy go sobie zniszczyć. Nawet osoba z wysoką samooceną natrafiwszy na partnera „nieobliczalnego”, czy takiegoż przełożonego w pracy, nauczyciela, współpracownika może stracić zaufanie do swojej oceny. Zbytnie zaangażowanie w więź i potrzeba zaakceptowania właśnie przez tego człowieka, rodzi zagrożenie uzależnienia się od niego, gdyż to on zaczyna nadawać nam wartość. A przy braku reguł, którymi operuje druga osoba, zaczynamy się gubić.
Jak sobie z tym poradzić?
Teoretycznie sprawa jest prosta. Wystarczy zdecydować, w co wierzymy, co jest dla nas wartościowe w życiu, co chcemy w życiu osiągnąć na poziomie wartości. Ale dokonanie tego jest długotrwałym procesem „budzenia siebie do niezależności”. Punkt oceny dotyczący nas samych przenosimy z zewnątrz do wnętrza. Dzień po dniu zastanawiamy się, co jest dla nas ważne, szczególnie w dziedzinach, które sprawiają nam największe trudności. Dobrze jest rozmawiać o takich sprawach z osobami, które darzymy zaufaniem. Pomocne może być sięganie do książek – poradników, w których przystępnie omówiony jest dokuczający nam problem i są praktyczne wskazówki, co robić na co dzień, aby sobie z nim poradzić. Jedno jest pewne, aktywnie działamy, obserwujemy siebie, badamy swoje uczucia, docieramy do intencji, które w ten sposób chcemy zrealizować. Bierzemy życie w swoje ręce. To nie świat ma nas zaakceptować, to my sami mamy dokonać tego dzieła akceptacji siebie a wtedy okaże się, że i świat zewnętrzny jest nam bardziej przychylny.
Człowiek, który wyszedł z domu z niskim poczuciem wartości, z niedosytem miłości, całe życie usiłuje wypełnić tę lukę z pomocą innych ludzi. I niewątpliwie wielką pomocą jest przyjazne nastawienie innych osób, wsparcie, inspiracja, ale... problem polega na tym, że nas to nigdy nie „nasyca”. Zawsze nam mało. Sto pochwał nie równoważy jednej złej oceny. Nasza samoocena ma tendencję do „zjeżdżania w dół” przy każdym potknięciu, niewłaściwej reakcji, nawet krytyce skierowanej do innych osób. To do nas odnosi się powiedzenie „uderz w stół a nożyce się odezwą”. To my sami siebie nieustannie krytykujemy. To my źle reagujemy na komplementy, zazdrościmy innym pochwał i sukcesów, nie doceniamy własnych osiągnięć. A więc do dzieła! Zacznij od zmieniania swoich nawykowych reakcji.
Po pierwsze przebuduj sposób myślenia. Od dzisiaj ucz się myśleć twórczo, to znaczy tak, by Twoje ciało reagowało rozluźnieniem i zadowoleniem, a nie skurczem i utratą energii. Każdorazowo, gdy oceniasz się negatywnie obniżasz swoje możliwości i odbierasz sobie energię na przyszłość. Być może uważasz, że krytyka jest twórcza i tak byliśmy wychowywani i w domu i w szkole. Ale czy lubisz, gdy inni inspirują Cię krytyką? Czy z ochotą zmieniasz to, co inni skrytykowali? A pamiętasz chwile, gdy ktoś pociągał Cię do pracy czy do wysiłku zachętą, wspólnym przeżywaniem radości, wizją osiągnięcia pociągającego celu? Jak się wtedy czułaś? Czy wysiłek był przykrością, poświęceniem, powinnością? Uczyń z siebie swojego przyjaciela i zacznij inspirować siebie myślą, słowem i działaniem. Zacznij zauważać i chwalić siebie za drobne osiągnięcia. Sukces składa się z małych kroczków. Możesz wprowadzić rytuał zasypiania z pozytywnym podsumowaniem swoich dokonań w ciągu dnia. Co dałaś radę zrobić dzisiaj? Co nowego wprowadziłaś do swojego życia? Jaki sukces odniosłaś na drodze do zbadania swoich wartości i ustalenia, do czego dążysz? Jakie podjęłaś działania? O ile łatwiej przychodzi Ci to dzisiaj niż miesiąc temu? Ciesz się nawet najmniejszą zmianą na lepsze. Dodawaj sobie otuchy. Powtarzaj sobie pochwały, którymi zostałaś obdarzona w ostatnim czasie.
Pisz w specjalnym zeszycie o swojej wytrzymałości, o swoim sprycie by przetrwać, by zdobyć uznanie, by osiągnąć coś, na czym Ci zależało. Doceń swoją przeszłość. Popatrz na siebie młodszą oczami z tamtych czasów i pochwal siebie za zachowania, które pozwoliły Ci przeżyć. Bo dałaś radę. Żyjesz i masz teraz szansę wykryć mechanizmy, które doprowadziły Cię do stanu, w którym jesteś i zmienić je na takie, które będą wspierać Cię w wędrówce w pożądanym kierunku.
Zadawaj sobie pytanie, co zyskałam dzięki trudnościom, które były moim udziałem? Czego się nauczyłam? Do czego mnie te zdarzenia, sytuacja zmotywowały? Jak to wpłynęło na moje umiejętności życiowe? Jak moje „nieustające zasługiwanie” uformowało mój charakter? Jakich cech nie wytworzyłabym, gdybym miała życie usłane różami?
Każdy kij ma dwa końce. Koniec zły, bolesny, jest nam zazwyczaj dobrze znany. Teraz zainteresuj się drugim końcem, szukaj sensu doświadczeń, których byłaś uczestnikiem. Badaj tak zwane „wtórne korzyści”, czyli to, co przy okazji zyskujesz lub przed czym jesteś chroniona. Nasze wewnętrzne impulsy, płynące często nieświadomie, a oparte na przeszłych doświadczeniach, miały swój sens w tamtym czasie, gdy się ich uczyliśmy. Wtedy były dobrym wyborem. Dzisiaj już nam nie służą. I trzeba wewnętrznie „uaktualnić dane”, odkryć przeszłą funkcjonalność naszych przekonań i reakcji i świadomie przekształcić je w inne. Początkowo nie będzie to automatyczne. Więc nie karz siebie za to, że nie udaje Ci się zmiana w stu procentach od razu. Raczej skacz z radości, gdy powiedzie Ci się chociaż w jednym procencie. To już pierwszy krok!
Dopieszczaj swoje ciało. Nie krytykuj tego, co Ci się nie podoba. Raczej dawaj uwagę temu, co lubisz. Jedz to, co służy ciału – co daje energię i jest dobrze trawione. Nie musisz polegać na zewnętrznych zaleceniach (kolejna dieta cud!). Masz okazję zbudować własny „kręgosłup” oceny w sprawie żywienia. Twoje ciało cały czas wysyła informacje do Ciebie, co mu służy a co nie. Kiedy siedzisz na niewygodnym fotelu i oglądasz telewizję dostajesz delikatne sygnały, żeby zmienić pozycję. Zajęta filmem nie słuchasz ich. Ciało zwiększa natężenie sygnałów. Może głuszysz sygnały pastylkami lub alkoholem. Ale... ciało nie daje za wygraną. W końcu wstajesz z fotela stękając i jęcząc, bo ból jest okropny. Przeklinasz swoje ciało. Za co? Za swoją głuchotę na jego wysiłki przywrócenia dobrostanu? Czyż nasz przewód pokarmowy nie sygnalizuje, że jemy nie to, czego potrzebuje? Czyż nie wysyła często nieprzyjemnych sygnałów, by nas obudzić do zauważenia błędów, które popełniamy? Więc miast wstydzić się „efektów specjalnych” zapachowo-dźwiękowych, zacznij badać, co je wywołuje? Jesz za szybko? Nerwowo? Krytykując siebie? Niestarannie żujesz? Popijasz płynami, nie produkując dostatecznej ilości śliny, która zawiera enzymy pomagające w trawieniu? Jesz za dużo pieczywa, a może mięsa? Za mało warzyw? Surówki Ci szkodzą? Gotowane warzywa przynoszą ulgę? To Ty masz odkryć swoje potrzeby. Tylko Twój organizm powie Ci, co jest dla Ciebie dobre. Więc zaprzyjaźnij się z nim i naucz „czytać” w nim jak w księdze.
Dotleniaj swoje ciało w taki sposób, by było to dla Ciebie przyjemne. Koleżanki chodzą na aerobik i namawiają Cię na to samo. Ale może Ty wolisz samotne spacery lub tańce południowoamerykańskie? A może do Ciebie pasuje joga, wyciszenie? Może rower? To ma być Twój czas relaksu, odmiany od codziennych obowiązków, wyłączenie nerwowego myślenia o obowiązkach, zagrożeniach, konsekwencjach...
Naucz się relaksować swoje ciało i przeładowaną zdarzeniami psychikę. Zamiast siedzieć pod telewizorem i biernie podążać za migotliwymi obrazami, feerią morderstw i zalewem przemocy, daj swemu ciału i psychice wytchnąć. Wykorzystaj kasety z nagranymi „instrukcjami” rozluźniania się, słuchaj łagodnej muzyki, naucz się głęboko i płynnie oddychać, poznaj smak przebywania w wewnętrznej ciszy.
Jeśli jesteś w bardzo głębokim uzależnieniu, skorzystaj z fachowej pomocy. Kursy dla dorosłych dzieci alkoholików są świetnym sposobem, by zrozumieć swoje mechanizmy obronne, swoje zapętlenia i wydobyć się z nich. Szukaj grup wsparcia, korzystaj z warsztatów lub innych zajęć grupowych, na których wspólnie można rozwiązywać podobne wyzwania. Nie będziesz samotna ze swoim problemem. Staniesz się automatycznie jedną z wielu, nie gorszą, nie zasługującą na odrzucenie, ale dzielną, bo szukającą rozwiązania. Jeśli nie ma grupy, korzystaj z zajęć indywidualnych. Gdy cieknie kran, wołasz hydraulika. Gdy szwankuje psychika, zwróć się do terapeuty. Ale nie po to, by Cię poprowadził za rękę przez życie, ale by pomógł Ci odbudować Twoja moc, Twoją siłę wewnętrzną, odzyskać Twoje prawo do szczęśliwego życia.
Tagi:
jeszcze coś o związkach
Tajemnice dobrej rozmowy
Choć jako ludzie jesteśmy obdarzeni darem mowy i umiejętnością porozumiewania się, nie zawsze umiemy to robić
Z rozmawianiem jest tak jak w piosence śpiewanej przez Jerzego Sthura: „śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej”. Każdy z nas zapewne doświadczył, jak różne mogą być rozmowy. Po niektórych z nich czujemy się lepsi, mądrzejsi, piękniejsi, aktywniejsi, naładowani dobrą energią, po innych znudzeni, osłabieni, pomniejszeni, jałowi.Niestety, choć jako ludzie jesteśmy obdarzeni darem mowy i umiejętnością porozumiewania się, nie zawsze umiemy to robić.
Wiele rozmów jest tylko wymianą informacji: “wrócę później”, “wyrzuć śmieci”, “ścisz telewizor”, “odrób lekcję”, “kup pieczywo”, “wyjdź wreszcie z tej łazienki”, “załóż sweter” i tak oczywiście można by w nieskończoność, ale nawet jeśli druga strona coś odpowiada – trudno nazwać to rozmową. Jakąś formą rozmowy jest rytualna wymiana uprzejmości i nowinek typu “co słychać”, a także plotkowanie, marudzenie i narzekanie. Nawet jeśli jesteśmy pozornie ożywieni w tym typie rozmowy, to rezultatem takich banalnych konwersacji jest zazwyczaj znudzenie, rozdrażnienie, irytacja.
Banalne konwersacje są najczęściej po to, aby zagłuszyć własny niepokój, podtrzymać byle jaki kontakt z innymi ludźmi, a najczęściej pozory takiego kontaktu. Tego typu rozmowy służą temu, by nie mówić nic istotnego. Takimi właśnie rozmowami zapełnione są programy telewizyjne typu “Bar” czy “Big Brother” lub inne w tym stylu, a także, niestety, domy czy miejsca pracy.
Formę rozmów o tak zwanych poważnych sprawach, traktowaną jako niebanalny rodzaj konwersacji nazywamy dyskusją. I chociaż naiwnie niemal zawsze oczekujemy by miała ona konstruktywny charakter, bardzo rzadko udaje się to nam w praktyce osiągnąć.
Na szczęście istnieje jeszcze trzeci typ rozmów, w niektórych kręgach społecznych prawie nieznany, który nazywa się dialogiem. Dialog można by określić najkrócej jako porozumienie się ludzi autentycznie słuchających z ludźmi autentycznie mówiącymi.
Dialog jest w swej istocie wspólnym poszukiwaniem pełniejszego rozumienia. Zmierza do wzbogacenia możliwości i pogłębia więzi między rozmawiającymi. Dialog jest współpracą. Dyskusja jest rywalizacją, gdyż uczestnicy przeciwstawiają sobie rację i argumenty, by wykazać, że druga strona jest w błędzie. Celem dyskusji jest wygrana jednej ze stron. Podczas dialogu jeden słucha drugiego, aby zrozumieć i próbować osiągnąć porozumienie. Tymczasem podczas dyskusji jeden słucha drugiego by wyłapać słabe punkty i przeciwstawić im własne racje.
Ważne jest, że dialog wyzwala refleksję nad własnym stanowiskiem, a dyskusja wyzwala przede wszystkim krytykę argumentów przeciwnika. Piękne jest to, że dialog wspiera postawę otwartego umysłu i gotowość przyznania, że jest się w błędzie, a nawet gotowość do zmiany stanowiska. Dyskusja wspiera postawę zamkniętego umysłu.
Dialog zachęca, by na pewien czas “zawiesić” własne przekonania, dyskusja każe w nie twardo wierzyć. W dialogu szukamy zgodności, w dyskusji różnic. W dyskusji często lekceważy się innych, ośmiesza, krytykuje, ocenia. Dialog natomiast zakłada, że wiele osób ma dostęp do różnych fragmentów wiedzy i doświadczenia.
Oczywiście trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie bez tych wszystkich form słownego komunikowania się między ludźmi. Potrzebne są rozmowy banalne, potrzebne są dyskusje, potrzebny jest dialog. Problem polega na tym, w jakich proporcjach wykorzystujemy te wszystkie formy werbalnej komunikacji. Osobiście uważam, że życie, które toczy się, przy akompaniamencie tylko banalnej konwersacji jest nietwórcze, smutne, powiem więcej, szkodliwe dla ciała i psychiki. Życie w ogniu nieustających polemik jest dobre dla fazy ugruntowania przekonań i poglądów i umiejętności bronienia ich. Bez przejścia przez fazę dyskusji w jakimś okresie życia trudno przejść do prawdziwego dialogu.
A dialog jest dojrzałością. Umiejętnością rozumienia, że choć umiemy odpowiedzieć sobie na pewne pytania, niektóre z nich zawsze będą rzeczywistością otwartą, która domaga się stałego i wnikliwego pogłębiania i prób rozumienia. A także, że świat ludzki jest światem relacji, związków z innymi, co nadaje naszemu życiu znaczenie i sens.
Choć jako ludzie jesteśmy obdarzeni darem mowy i umiejętnością porozumiewania się, nie zawsze umiemy to robić
Z rozmawianiem jest tak jak w piosence śpiewanej przez Jerzego Sthura: „śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej”. Każdy z nas zapewne doświadczył, jak różne mogą być rozmowy. Po niektórych z nich czujemy się lepsi, mądrzejsi, piękniejsi, aktywniejsi, naładowani dobrą energią, po innych znudzeni, osłabieni, pomniejszeni, jałowi.Niestety, choć jako ludzie jesteśmy obdarzeni darem mowy i umiejętnością porozumiewania się, nie zawsze umiemy to robić.
Wiele rozmów jest tylko wymianą informacji: “wrócę później”, “wyrzuć śmieci”, “ścisz telewizor”, “odrób lekcję”, “kup pieczywo”, “wyjdź wreszcie z tej łazienki”, “załóż sweter” i tak oczywiście można by w nieskończoność, ale nawet jeśli druga strona coś odpowiada – trudno nazwać to rozmową. Jakąś formą rozmowy jest rytualna wymiana uprzejmości i nowinek typu “co słychać”, a także plotkowanie, marudzenie i narzekanie. Nawet jeśli jesteśmy pozornie ożywieni w tym typie rozmowy, to rezultatem takich banalnych konwersacji jest zazwyczaj znudzenie, rozdrażnienie, irytacja.
Banalne konwersacje są najczęściej po to, aby zagłuszyć własny niepokój, podtrzymać byle jaki kontakt z innymi ludźmi, a najczęściej pozory takiego kontaktu. Tego typu rozmowy służą temu, by nie mówić nic istotnego. Takimi właśnie rozmowami zapełnione są programy telewizyjne typu “Bar” czy “Big Brother” lub inne w tym stylu, a także, niestety, domy czy miejsca pracy.
Formę rozmów o tak zwanych poważnych sprawach, traktowaną jako niebanalny rodzaj konwersacji nazywamy dyskusją. I chociaż naiwnie niemal zawsze oczekujemy by miała ona konstruktywny charakter, bardzo rzadko udaje się to nam w praktyce osiągnąć.
Na szczęście istnieje jeszcze trzeci typ rozmów, w niektórych kręgach społecznych prawie nieznany, który nazywa się dialogiem. Dialog można by określić najkrócej jako porozumienie się ludzi autentycznie słuchających z ludźmi autentycznie mówiącymi.
Dialog jest w swej istocie wspólnym poszukiwaniem pełniejszego rozumienia. Zmierza do wzbogacenia możliwości i pogłębia więzi między rozmawiającymi. Dialog jest współpracą. Dyskusja jest rywalizacją, gdyż uczestnicy przeciwstawiają sobie rację i argumenty, by wykazać, że druga strona jest w błędzie. Celem dyskusji jest wygrana jednej ze stron. Podczas dialogu jeden słucha drugiego, aby zrozumieć i próbować osiągnąć porozumienie. Tymczasem podczas dyskusji jeden słucha drugiego by wyłapać słabe punkty i przeciwstawić im własne racje.
Ważne jest, że dialog wyzwala refleksję nad własnym stanowiskiem, a dyskusja wyzwala przede wszystkim krytykę argumentów przeciwnika. Piękne jest to, że dialog wspiera postawę otwartego umysłu i gotowość przyznania, że jest się w błędzie, a nawet gotowość do zmiany stanowiska. Dyskusja wspiera postawę zamkniętego umysłu.
Dialog zachęca, by na pewien czas “zawiesić” własne przekonania, dyskusja każe w nie twardo wierzyć. W dialogu szukamy zgodności, w dyskusji różnic. W dyskusji często lekceważy się innych, ośmiesza, krytykuje, ocenia. Dialog natomiast zakłada, że wiele osób ma dostęp do różnych fragmentów wiedzy i doświadczenia.
Oczywiście trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie bez tych wszystkich form słownego komunikowania się między ludźmi. Potrzebne są rozmowy banalne, potrzebne są dyskusje, potrzebny jest dialog. Problem polega na tym, w jakich proporcjach wykorzystujemy te wszystkie formy werbalnej komunikacji. Osobiście uważam, że życie, które toczy się, przy akompaniamencie tylko banalnej konwersacji jest nietwórcze, smutne, powiem więcej, szkodliwe dla ciała i psychiki. Życie w ogniu nieustających polemik jest dobre dla fazy ugruntowania przekonań i poglądów i umiejętności bronienia ich. Bez przejścia przez fazę dyskusji w jakimś okresie życia trudno przejść do prawdziwego dialogu.
A dialog jest dojrzałością. Umiejętnością rozumienia, że choć umiemy odpowiedzieć sobie na pewne pytania, niektóre z nich zawsze będą rzeczywistością otwartą, która domaga się stałego i wnikliwego pogłębiania i prób rozumienia. A także, że świat ludzki jest światem relacji, związków z innymi, co nadaje naszemu życiu znaczenie i sens.
Tagi:
kolejny artykuł
Artykuł który znalazłam w necie
Monika Zubrzycka - Nowak
Źródła autodestrukcji wyniesione z rodziny pochodzenia
Często obserwujemy z boku osoby, które żyją w sposób niezrozumiały dla nas. Męczą się w swoich związkach, rodzinach czy miejscu pracy. Opowiadają o swoim nieszczęściu ale nie robią nic by to zmienić lub dokonują zmiany, która prowadzi do podobnych uwikłań. Czemu tak się dzieje? Dlaczego ludzie dają się powodować emocjami i nie mogą ich kontrolować? Dlaczego niektórzy reagują agresją z byle powodu, inni „zapadają się” we własnych oczach z powodu najmniejszej krytyki, a jeszcze inni drżą ze strachu, chociaż powodzi im się zupełnie nieźle? Są i tacy, którzy całe życie są smutni czy melancholijni, chociaż wydaje się, że nie ma realnej przyczyny dla takiego stanu psychicznego. Wiele zachowań wynika z tego, czym skorupka nasiąkła za młodu. Postaram się powiązać zachowania w rodzinie pochodzenia z efektami, jakie może to wywołać w późniejszym życiu człowieka.
Najczęściej omawianą przyczyną nieszczęść jest rodzina patologiczna, w której dzieci zostają porzucone, są nadużywane fizycznie czy emocjonalnie, nie doświadczają podstawowej opieki gwarantującej bezpieczne życie (głód, chłód, brak podręczników szkolnych...). To są „wykroczenia”, które wszyscy dostrzegamy. Jest jednak jeszcze bardzo wiele zachowań, które traktujemy jako naturalne i normalne, które również odciskają swoje piętno destrukcji na dzieciach.
Do podstawowych można zaliczyć pomylenie ról w rodzinie, czyli nakładanie na dzieci odpowiedzialności, która nie pasuje do ich wieku i możliwości. Rodzic, który obarcza dziecko odpowiedzialnością za swój stan emocjonalny (dla ciebie pozostaję w tym związku, przez ciebie nie mogłem/am pójść wymarzoną drogą, czuję się źle i ty masz zadbać o to, żebym poczuł się lepiej...) stawia dziecko wobec zadań, którym ono nie jest w stanie podołać. W efekcie czuje się niezdolne zaradzić jakimkolwiek trudnym emocjonalnie sytuacjom. Pragnie bliskości, bo każdy w sercu chce być kochanym, a równocześnie ucieka przed nadmierną bliskością, bo to kojarzy się z dziecięcą frustracją - niemożnością podołania zadaniu.
Wiele dzieci wychowywanych przez samotnego rodzica podlega takiemu obciążeniu. Jednakże i dzieci z pełnych rodzin doświadczają takiego traktowania, w szczególności, gdy rodzice nie czują się szczęśliwi w swoim związku partnerskim. Wtedy często matka czyni ze swojego syna powiernika i zastępcę męża i lokuje w nim uczucia przynależne relacji partnerskiej. Podobnie mężczyzna sfrustrowany swoim związkiem czyni z córeczki księżniczkę i obdarza ją uwagą, opieką, wyróżnieniami należnymi żonie, a nie dziecku.
Takie dziecko czuje się związane z rodzicem więzami, które utrudniają potem nawiązanie głębokich i pełnych zaangażowania partnerskich kontaktów. Do pewnego stopnia dziecko, będące w takiej relacji z rodzicem, wchodząc w nowy związek czuje, że „zdradza” rodzica. Z kolei rodzice w takiej sytuacji czują się zagrożeni utratą bliskich kontaktów (czasem jedynych) i często nawet nieświadomie manipulują dziećmi poprzez obarczanie ich poczuciem winy, koniecznością wspierania w najdrobniejszych zadaniach, zapadając na zdrowiu...
Otwarte czy też zakamuflowane nieakceptowanie współmałżonka jest kolejną rafą, o którą rozbijają się powstające osobowości dzieci. Dziecko musi zaakceptować oboje rodziców by, używając biologicznych terminów, zgodzić się na zestaw swoich genów. Jeśli jedno z rodziców pokazuje się dziecku jako ten dobry rodzic, a drugiego dyskredytuje, ośmiesza, oskarża, odbiera mu wartość, to sprawia, że dziecko nie może pogodzić w sobie cech „męskich” i „kobiecych”, których w pierwszej kolejności uczy się od rodziców. Najgorszym układem jest odrzucenie ojca przez syna i odrzucenie matki przez córkę. Wtedy mamy do czynienia z zanegowaniem wartości swojej płci. A to rodzi różnorakie komplikacje, od kłopotów z samoakceptacją do niespełnienia w sferze seksualnej a co za tym idzie do prawdopodobnych wielkich problemów w związkach po homoseksualizm włącznie.
Innym typowym normalnym zachowaniem jest narzucanie dziecku swojej wizji drogi życiowej. Rodzice w najlepszej wierze pchają dziecko ku szczęściu ścieżką, która jest bliska ich sercu, lub którą uważają za niosącą szanse na godne i dostatnie życie. Nie biorą przy tym pod uwagę tego, że każdy jest unikalną jednostką i talenty i predyspozycje dziecka nie pasują do wybranej przez rodziców drogi. Jest to oczywiście temat rzeka i pole do długich polemik, jak wyważyć starania, by uspołecznić dziecko, a równocześnie dać mu szansę rozwijać się indywidualnie i wybrać drogę często niełatwą, ale za to dającą wewnętrzną satysfakcję. Niemniej dziecko wyraźnie popychane w kierunku „zadanym” przez rodziców z założeniem, że kształtują oni w pełni osobowość dziecka, nie znajdzie najprawdopodobniej satysfakcji w tym, co robi, nawet odnosząc sukcesy. Jeśli motywacja nie wypływa z wnętrza człowieka, szybko się kończy i frustracja, tak zwane lenistwo czy ucieczka w używki jest wielce prawdopodobna.
Kolejnym destrukcyjnym a absolutnie powszechnym i uznanym zachowaniem jest „inspirowanie” dzieci poprzez krytykę. Nikt nie lubi krytyki, więc skąd ten pomysł, że biczując dziecko narzekaniem, wymyślaniem, ośmieszaniem, krytykowaniem pomożemy mu rozwinąć skrzydła i wykorzystać swoje talenty? Niestety, żyjemy w czasach, w których krytycyzm naukowy jest metodą dowodzenia prawdy. Jeśli coś nie zgadza się chociażby w najmniejszym aspekcie z przewidywaniami teorii, to nie jest ona prawdziwa. I ten sposób myślenia przenieśliśmy na zachowania społeczne. Wszystko odnosi się do ideału. Jak długo nie osiągniemy upragnionego celu, jesteśmy „na minusie”. Ale takie postrzeganie życia nie przynosi spokoju i radości.
A co się naprawdę dzieje z dzieckiem, które z różnych stron bombardowane jest krytyką? Czuje się mało wartościowe, nie ceni w sobie tego, co je wyróżnia, usiłuje zasłużyć na dobrą ocenę otoczenia, ale ma małe szanse, bo zawsze znajdzie się coś, co można skrytykować. Wieczne szukanie potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz staje się życiowym zadaniem i - przekleństwem. Dopóki udziałem takiej osoby są liczne sukcesy, zadowolenie współpracowników, dobre stosunki z przyjaciółmi, życie jest znośne, ale gdy pojawiają się trudności w relacjach, zwolnienie z pracy, choroba w domu.... świat wali się, bo człowiek nie wierzy, że podoła wyzwaniom.
Osoby o niskim poczuciu własnej wartości łatwo dają się „wmanewrowywać” w nadmierne obciążenia. Całe życie pragną zasłużyć na uznanie; poświęcają się rodzinie, oddają się pracy bez reszty, wyciągają pomocną rękę zapominając o sobie, o swoich potrzebach, o swoich prawach. Kończy się to frustracją, wypaleniem, poczuciem, że ludzie są niewdzięczni, świat niesprawiedliwy...
Takie osoby często wchodzą w relacje uzależniające. Bliski, czy ważny człowiek (zazwyczaj zajmujący w sercu to samo miejsce, co rodzic, którego akceptacji się pragnie) jest źródłem pożądanej pozytywnej oceny – nadania jej życiu wartości. I nawet w warunkach, które patrzącemu z zewnątrz wydają się nie do przyjęcia, osoba uzależniona będzie trwać, bo ciągle czeka na uznanie, ciągle wierzy, że sytuacja się zmieni i w końcu „zasłuży” na miłość.
Trzeba także przyjrzeć się kolejnej formie zachowań destrukcyjnych, które rzadko są omawiane jako szkodliwe. Mam na myśli wypieranie zdarzeń i emocji ze świadomości. „Udawanie”, że nic się nie dzieje, że poradziliśmy sobie z emocjami. Do tej klasy zachowań można zaliczyć także ukrywanie prawdy, robienie z jakiegoś wydarzenia czy sytuacji tematu tabu. Dorosłym wydaje się, że jeżeli przy dziecku nie wyrażają emocji (np. nie kłócą się otwarcie) lub nie mówią o trudnych sprawach, to chronią dziecko przed ich wpływem na jego psychikę. Nic bardziej mylącego. Dziecko wyczuwa znacznie więcej niż nam się wydaje. Z fachowych badań wynika, że przy porozumiewaniu się z drugim człowiekiem tylko kilka procent uwagi skupia się na treści przekazu, około trzydziestu procent poświęcone jest głosowi (sposobowi w jaki wysyłamy „komunikat”) a reszta (sic!) czyli ponad połowa uwagi skupiona jest na niewerbalnych sygnałach, czyli na „mowie ciała”. Chcąc nie chcąc cały czas przekazujemy informację. A małe dziecko, które jeszcze nie używa mowy, jest szczególnie wyczulone na przekaz pozawerbalny.
Dzieci wyczuwają nasze nastroje, odbierają nasze nastawienie do innych ludzi, obserwują bacznie nasze zachowania. I uczą się tego przez odwzorowanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie dostają informacji, co z tym należy zrobić. Weźmy dla przykładu ojca czy matkę, którzy wcześnie stracili swojego rodzica. Taka osoba tęskni za miłością, która się nagle urwała, może nawet chcieć umrzeć, by nadal być blisko kochającej osoby. Może nosić w sobie żal do zmarłego, że odszedł. Może czuć się winna, że to z jej powodu ukochany rodzic zmarł. Może odczuwać złość, że miłość została „odebrana”. Z drugiej strony zmarły rodzic jest zazwyczaj gloryfikowany w pamięci. I... świadomie wyraża się miłość do zmarłego, ale na nieświadomym poziomie „siedzą” inne uczucia. I dziecko to wychwyci. Tyle tylko, że nie nauczy się radzić sobie z tymi „energiami”, bo nie wie skąd pochodzą, jak je uwolnić, dlaczego miłość łączy się z żalem, złością czy poczuciem winy. I potem takie uczucia stają się stałym składnikiem życia dziecka, które nie umie ich zrozumieć, uwalniać i wykorzystywać, co zaburza kontakty w pracy, w partnerstwie, z własnymi dziećmi.
Wykluczenie członka rodziny rodzi podobne konsekwencje. „Zakazane” jest myślenie, mówienie i wyrażanie uczuć dotyczących osoby, której sposób życia czy rodzaj śmierci był nie do zaakceptowania dla żyjących. Dziecko może „wskoczyć” na miejsce takiej osoby i automatycznie zostać emocjonalnie odrzucone tak jak osoba wykluczona. Staje się wtedy z niezrozumiałych powodów trudnym dzieckiem, nie czuje się kochane. Idzie w życie z żalem do domu rodzinnego i przenosi ten żal na innych ludzi, którzy przypominają w jakiś sposób odrzucającego rodzica.
Gdy rodzice reprezentują zupełnie odmienne światy i nie szanują świata partnera, rodzi się niebezpieczeństwo powstania w dziecku konfliktu wewnętrznego. Nie ma sposobu, by zadowolić obydwoje rodziców. Dziecko „dzieli się” na dwie części. Albo jest w zgodzie z zestawem wartości reprezentowanych przez ojca, albo przez matkę. Dziecko nie umie przekroczyć samodzielnie tej bariery. Potem w życiu ciągle szuka swojej drogi i zachowuje się troszkę jak osoba z zaburzonym poczuciem równowagi. Chodzi od jednej skrajności do drugiej. Np. kobieta raz chce być żoną i matką, a po paru tygodniach czy miesiącach szaleje, że już tego dłużej nie wytrzyma, bo jest urodzona do robienia kariery. Każdy kolejny projekt (a jest twórcza w ciągłym poszukiwaniu zmiany status quo) budzi wielkie emocje i nadzieje, ale nie udaje się go zrealizować do końca, bo „druga strona” osobowości sprzeciwia się takim wyborom i „ciągnie „ w swoją stronę.
Co robić, by wypuścić dziecko w świat ze względnie czystą kartą potencjalnych zachowań destrukcyjnych?
To proste. Zgodzić się na to, że uczymy się całe życie i że dziecko wyjdzie z domu ze swoim bagażem. Wszak dzieci chowane, wydawałoby się w identyczny sposób, różnie odbierają dom rodzinny i wyciągają odmienne wnioski z tych samych doświadczeń. Po drugie pamiętać, że tylko otwartość, szczerość i spójność tego, co mówimy z tym, co robimy, daje podwaliny pod prawdziwe porozumienie, a więc i do naprawiania tego, co „psujemy”. Jedno jest żelazną zasadą – dziecko ma pozostać w roli dziecka względem rodziców i pozostałych dorosłych. Rodzice dają, dzieci biorą. Taki jest porządek rzeczy w naturze. I dzieci niosą dar życia dalej. I one odpowiadają za swoje spełnienie na wybranej drodze zawodowej, w nowej rodzinie czy też decydując się na inne rozwiązanie.
Dzieci nie są własnością rodziców. Powołanie nowego życia nakłada na rodziców zadanie wspierania dziecka w rozwoju, by mogło pójść w życie samodzielnie z wiarą, że sobie poradzi.
Monika Zubrzycka - Nowak
Źródła autodestrukcji wyniesione z rodziny pochodzenia
Często obserwujemy z boku osoby, które żyją w sposób niezrozumiały dla nas. Męczą się w swoich związkach, rodzinach czy miejscu pracy. Opowiadają o swoim nieszczęściu ale nie robią nic by to zmienić lub dokonują zmiany, która prowadzi do podobnych uwikłań. Czemu tak się dzieje? Dlaczego ludzie dają się powodować emocjami i nie mogą ich kontrolować? Dlaczego niektórzy reagują agresją z byle powodu, inni „zapadają się” we własnych oczach z powodu najmniejszej krytyki, a jeszcze inni drżą ze strachu, chociaż powodzi im się zupełnie nieźle? Są i tacy, którzy całe życie są smutni czy melancholijni, chociaż wydaje się, że nie ma realnej przyczyny dla takiego stanu psychicznego. Wiele zachowań wynika z tego, czym skorupka nasiąkła za młodu. Postaram się powiązać zachowania w rodzinie pochodzenia z efektami, jakie może to wywołać w późniejszym życiu człowieka.
Najczęściej omawianą przyczyną nieszczęść jest rodzina patologiczna, w której dzieci zostają porzucone, są nadużywane fizycznie czy emocjonalnie, nie doświadczają podstawowej opieki gwarantującej bezpieczne życie (głód, chłód, brak podręczników szkolnych...). To są „wykroczenia”, które wszyscy dostrzegamy. Jest jednak jeszcze bardzo wiele zachowań, które traktujemy jako naturalne i normalne, które również odciskają swoje piętno destrukcji na dzieciach.
Do podstawowych można zaliczyć pomylenie ról w rodzinie, czyli nakładanie na dzieci odpowiedzialności, która nie pasuje do ich wieku i możliwości. Rodzic, który obarcza dziecko odpowiedzialnością za swój stan emocjonalny (dla ciebie pozostaję w tym związku, przez ciebie nie mogłem/am pójść wymarzoną drogą, czuję się źle i ty masz zadbać o to, żebym poczuł się lepiej...) stawia dziecko wobec zadań, którym ono nie jest w stanie podołać. W efekcie czuje się niezdolne zaradzić jakimkolwiek trudnym emocjonalnie sytuacjom. Pragnie bliskości, bo każdy w sercu chce być kochanym, a równocześnie ucieka przed nadmierną bliskością, bo to kojarzy się z dziecięcą frustracją - niemożnością podołania zadaniu.
Wiele dzieci wychowywanych przez samotnego rodzica podlega takiemu obciążeniu. Jednakże i dzieci z pełnych rodzin doświadczają takiego traktowania, w szczególności, gdy rodzice nie czują się szczęśliwi w swoim związku partnerskim. Wtedy często matka czyni ze swojego syna powiernika i zastępcę męża i lokuje w nim uczucia przynależne relacji partnerskiej. Podobnie mężczyzna sfrustrowany swoim związkiem czyni z córeczki księżniczkę i obdarza ją uwagą, opieką, wyróżnieniami należnymi żonie, a nie dziecku.
Takie dziecko czuje się związane z rodzicem więzami, które utrudniają potem nawiązanie głębokich i pełnych zaangażowania partnerskich kontaktów. Do pewnego stopnia dziecko, będące w takiej relacji z rodzicem, wchodząc w nowy związek czuje, że „zdradza” rodzica. Z kolei rodzice w takiej sytuacji czują się zagrożeni utratą bliskich kontaktów (czasem jedynych) i często nawet nieświadomie manipulują dziećmi poprzez obarczanie ich poczuciem winy, koniecznością wspierania w najdrobniejszych zadaniach, zapadając na zdrowiu...
Otwarte czy też zakamuflowane nieakceptowanie współmałżonka jest kolejną rafą, o którą rozbijają się powstające osobowości dzieci. Dziecko musi zaakceptować oboje rodziców by, używając biologicznych terminów, zgodzić się na zestaw swoich genów. Jeśli jedno z rodziców pokazuje się dziecku jako ten dobry rodzic, a drugiego dyskredytuje, ośmiesza, oskarża, odbiera mu wartość, to sprawia, że dziecko nie może pogodzić w sobie cech „męskich” i „kobiecych”, których w pierwszej kolejności uczy się od rodziców. Najgorszym układem jest odrzucenie ojca przez syna i odrzucenie matki przez córkę. Wtedy mamy do czynienia z zanegowaniem wartości swojej płci. A to rodzi różnorakie komplikacje, od kłopotów z samoakceptacją do niespełnienia w sferze seksualnej a co za tym idzie do prawdopodobnych wielkich problemów w związkach po homoseksualizm włącznie.
Innym typowym normalnym zachowaniem jest narzucanie dziecku swojej wizji drogi życiowej. Rodzice w najlepszej wierze pchają dziecko ku szczęściu ścieżką, która jest bliska ich sercu, lub którą uważają za niosącą szanse na godne i dostatnie życie. Nie biorą przy tym pod uwagę tego, że każdy jest unikalną jednostką i talenty i predyspozycje dziecka nie pasują do wybranej przez rodziców drogi. Jest to oczywiście temat rzeka i pole do długich polemik, jak wyważyć starania, by uspołecznić dziecko, a równocześnie dać mu szansę rozwijać się indywidualnie i wybrać drogę często niełatwą, ale za to dającą wewnętrzną satysfakcję. Niemniej dziecko wyraźnie popychane w kierunku „zadanym” przez rodziców z założeniem, że kształtują oni w pełni osobowość dziecka, nie znajdzie najprawdopodobniej satysfakcji w tym, co robi, nawet odnosząc sukcesy. Jeśli motywacja nie wypływa z wnętrza człowieka, szybko się kończy i frustracja, tak zwane lenistwo czy ucieczka w używki jest wielce prawdopodobna.
Kolejnym destrukcyjnym a absolutnie powszechnym i uznanym zachowaniem jest „inspirowanie” dzieci poprzez krytykę. Nikt nie lubi krytyki, więc skąd ten pomysł, że biczując dziecko narzekaniem, wymyślaniem, ośmieszaniem, krytykowaniem pomożemy mu rozwinąć skrzydła i wykorzystać swoje talenty? Niestety, żyjemy w czasach, w których krytycyzm naukowy jest metodą dowodzenia prawdy. Jeśli coś nie zgadza się chociażby w najmniejszym aspekcie z przewidywaniami teorii, to nie jest ona prawdziwa. I ten sposób myślenia przenieśliśmy na zachowania społeczne. Wszystko odnosi się do ideału. Jak długo nie osiągniemy upragnionego celu, jesteśmy „na minusie”. Ale takie postrzeganie życia nie przynosi spokoju i radości.
A co się naprawdę dzieje z dzieckiem, które z różnych stron bombardowane jest krytyką? Czuje się mało wartościowe, nie ceni w sobie tego, co je wyróżnia, usiłuje zasłużyć na dobrą ocenę otoczenia, ale ma małe szanse, bo zawsze znajdzie się coś, co można skrytykować. Wieczne szukanie potwierdzenia swojej wartości na zewnątrz staje się życiowym zadaniem i - przekleństwem. Dopóki udziałem takiej osoby są liczne sukcesy, zadowolenie współpracowników, dobre stosunki z przyjaciółmi, życie jest znośne, ale gdy pojawiają się trudności w relacjach, zwolnienie z pracy, choroba w domu.... świat wali się, bo człowiek nie wierzy, że podoła wyzwaniom.
Osoby o niskim poczuciu własnej wartości łatwo dają się „wmanewrowywać” w nadmierne obciążenia. Całe życie pragną zasłużyć na uznanie; poświęcają się rodzinie, oddają się pracy bez reszty, wyciągają pomocną rękę zapominając o sobie, o swoich potrzebach, o swoich prawach. Kończy się to frustracją, wypaleniem, poczuciem, że ludzie są niewdzięczni, świat niesprawiedliwy...
Takie osoby często wchodzą w relacje uzależniające. Bliski, czy ważny człowiek (zazwyczaj zajmujący w sercu to samo miejsce, co rodzic, którego akceptacji się pragnie) jest źródłem pożądanej pozytywnej oceny – nadania jej życiu wartości. I nawet w warunkach, które patrzącemu z zewnątrz wydają się nie do przyjęcia, osoba uzależniona będzie trwać, bo ciągle czeka na uznanie, ciągle wierzy, że sytuacja się zmieni i w końcu „zasłuży” na miłość.
Trzeba także przyjrzeć się kolejnej formie zachowań destrukcyjnych, które rzadko są omawiane jako szkodliwe. Mam na myśli wypieranie zdarzeń i emocji ze świadomości. „Udawanie”, że nic się nie dzieje, że poradziliśmy sobie z emocjami. Do tej klasy zachowań można zaliczyć także ukrywanie prawdy, robienie z jakiegoś wydarzenia czy sytuacji tematu tabu. Dorosłym wydaje się, że jeżeli przy dziecku nie wyrażają emocji (np. nie kłócą się otwarcie) lub nie mówią o trudnych sprawach, to chronią dziecko przed ich wpływem na jego psychikę. Nic bardziej mylącego. Dziecko wyczuwa znacznie więcej niż nam się wydaje. Z fachowych badań wynika, że przy porozumiewaniu się z drugim człowiekiem tylko kilka procent uwagi skupia się na treści przekazu, około trzydziestu procent poświęcone jest głosowi (sposobowi w jaki wysyłamy „komunikat”) a reszta (sic!) czyli ponad połowa uwagi skupiona jest na niewerbalnych sygnałach, czyli na „mowie ciała”. Chcąc nie chcąc cały czas przekazujemy informację. A małe dziecko, które jeszcze nie używa mowy, jest szczególnie wyczulone na przekaz pozawerbalny.
Dzieci wyczuwają nasze nastroje, odbierają nasze nastawienie do innych ludzi, obserwują bacznie nasze zachowania. I uczą się tego przez odwzorowanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy nie dostają informacji, co z tym należy zrobić. Weźmy dla przykładu ojca czy matkę, którzy wcześnie stracili swojego rodzica. Taka osoba tęskni za miłością, która się nagle urwała, może nawet chcieć umrzeć, by nadal być blisko kochającej osoby. Może nosić w sobie żal do zmarłego, że odszedł. Może czuć się winna, że to z jej powodu ukochany rodzic zmarł. Może odczuwać złość, że miłość została „odebrana”. Z drugiej strony zmarły rodzic jest zazwyczaj gloryfikowany w pamięci. I... świadomie wyraża się miłość do zmarłego, ale na nieświadomym poziomie „siedzą” inne uczucia. I dziecko to wychwyci. Tyle tylko, że nie nauczy się radzić sobie z tymi „energiami”, bo nie wie skąd pochodzą, jak je uwolnić, dlaczego miłość łączy się z żalem, złością czy poczuciem winy. I potem takie uczucia stają się stałym składnikiem życia dziecka, które nie umie ich zrozumieć, uwalniać i wykorzystywać, co zaburza kontakty w pracy, w partnerstwie, z własnymi dziećmi.
Wykluczenie członka rodziny rodzi podobne konsekwencje. „Zakazane” jest myślenie, mówienie i wyrażanie uczuć dotyczących osoby, której sposób życia czy rodzaj śmierci był nie do zaakceptowania dla żyjących. Dziecko może „wskoczyć” na miejsce takiej osoby i automatycznie zostać emocjonalnie odrzucone tak jak osoba wykluczona. Staje się wtedy z niezrozumiałych powodów trudnym dzieckiem, nie czuje się kochane. Idzie w życie z żalem do domu rodzinnego i przenosi ten żal na innych ludzi, którzy przypominają w jakiś sposób odrzucającego rodzica.
Gdy rodzice reprezentują zupełnie odmienne światy i nie szanują świata partnera, rodzi się niebezpieczeństwo powstania w dziecku konfliktu wewnętrznego. Nie ma sposobu, by zadowolić obydwoje rodziców. Dziecko „dzieli się” na dwie części. Albo jest w zgodzie z zestawem wartości reprezentowanych przez ojca, albo przez matkę. Dziecko nie umie przekroczyć samodzielnie tej bariery. Potem w życiu ciągle szuka swojej drogi i zachowuje się troszkę jak osoba z zaburzonym poczuciem równowagi. Chodzi od jednej skrajności do drugiej. Np. kobieta raz chce być żoną i matką, a po paru tygodniach czy miesiącach szaleje, że już tego dłużej nie wytrzyma, bo jest urodzona do robienia kariery. Każdy kolejny projekt (a jest twórcza w ciągłym poszukiwaniu zmiany status quo) budzi wielkie emocje i nadzieje, ale nie udaje się go zrealizować do końca, bo „druga strona” osobowości sprzeciwia się takim wyborom i „ciągnie „ w swoją stronę.
Co robić, by wypuścić dziecko w świat ze względnie czystą kartą potencjalnych zachowań destrukcyjnych?
To proste. Zgodzić się na to, że uczymy się całe życie i że dziecko wyjdzie z domu ze swoim bagażem. Wszak dzieci chowane, wydawałoby się w identyczny sposób, różnie odbierają dom rodzinny i wyciągają odmienne wnioski z tych samych doświadczeń. Po drugie pamiętać, że tylko otwartość, szczerość i spójność tego, co mówimy z tym, co robimy, daje podwaliny pod prawdziwe porozumienie, a więc i do naprawiania tego, co „psujemy”. Jedno jest żelazną zasadą – dziecko ma pozostać w roli dziecka względem rodziców i pozostałych dorosłych. Rodzice dają, dzieci biorą. Taki jest porządek rzeczy w naturze. I dzieci niosą dar życia dalej. I one odpowiadają za swoje spełnienie na wybranej drodze zawodowej, w nowej rodzinie czy też decydując się na inne rozwiązanie.
Dzieci nie są własnością rodziców. Powołanie nowego życia nakłada na rodziców zadanie wspierania dziecka w rozwoju, by mogło pójść w życie samodzielnie z wiarą, że sobie poradzi.
Tagi:
źródła autodestrukcji
Dlaczego jedni kochający się ludzie potrafią być razem mimo przeciwności losu, a inna wielka miłość wygasa z dnia na dzień, choć wydaje się, że wszystko jej sprzyja? Dlaczego tak trudno być razem, choć przecież tak bardzo być razem pragniemy?
Przyczyn jest oczywiście bardzo wiele, ale jedna wydaje się dość powszechna – wielkie oczekiwania w stosunku do partnera i przekonanie, że kochając go, powinniśmy nieustannie odczuwać głęboką czułość i zero negatywnych emocji. Tymczasem z biegiem lat często odkrywamy, że partner nie jest łatwą osobą. To raczej ktoś, kto nas irytuje swoim zachowaniem, nawykami, nałogami, do kogo żywimy na przemian czułość i nienawiść. I to całkiem normalne, pisze w książce „Droga do bliskości” amerykańska psychoterapeutka Pia Mellody. Miłość bowiem to złożone uczucie. Składają się na nią zarówno szacunek dla drugiego człowieka, czułe przywiązanie, jak i uczucia nieprzyjemne, takie jak strach, ból, wstyd, które są nieodłącznym elementem żywego, ewoluującego wraz z upływem lat związku.
Po pierwsze – zaakceptować siebie
„Droga do prawdziwej bliskości – pisze Pia Mellody – przypomina nastawianie radia. Na początku słychać wyłącznie szum i niezrozumiałe dźwięki, ale po pewnym czasie łapiemy sygnał stacji i odbieramy czysty przekaz. Jeśli jednak nadal będziemy obracać gałką odbiornika, zgubimy sygnał. Wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie, że do nastawienia naszej własnej »stacji« niezbędne są dwie rzeczy: prawda i miłość. [...] Wybierając prawdę, zaczynamy kochać siebie i innych, a wtedy nasz »radiowy sygnał« jest idealnie czysty”.Według Soni Raduńskiej, psychoterapeutki i poetki (byłej felietonistki „Zwierciadła”), bliskość z drugim człowiekiem to zdolność do bycia z nim z otwartym sercem, bez masek, gier, choć są wygodne i nawykowe.
- Ideałem jest bliskość oparta na ufności dziecka, bezwarunkowa, trochę naiwna – mówi Sonia – ale taka bliskość nie przetrzyma próby czasu. Dlatego warto powalczyć o bliskość dojrzałą, opartą na wzajemnym szacunku, która jest możliwa pod warunkiem, że szanujemy i siebie, i partnera. Bo na czym tak naprawdę polega nasz problem z bliskością? Na tym, że nie potrafimy być blisko ze sobą. Że mamy kontakt ze światem, pracą, zadaniami, a nie mamy kontaktu ze swoim ciałem, uczuciami, potrzebami.
Terapeuci podkreślają zgodnie: Żeby uzdrowić związek, trzeba najpierw uzdrowić siebie. Nie ma harmonii w związku bez osiągnięcia wewnętrznej harmonii. Bywa, że w tym procesie zdrowienia trzeba sięgnąć do przeżyć głęboko ukrytych, czasem wypartych. Częstym powodem nieudanych relacji z partnerem są bowiem traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa. Jeżeli np. jako dziecko doznawaliśmy przemocy, jako dorośli czujemy tamten ból, ale jego przyczyn szukamy w partnerze. Na przemian atakujemy i bronimy się, czerpiąc „amunicję” z nieuświadomionych skutków przemocy z dzieciństwa. Skrzywdzone „ja” automatycznie reaguje na wszystkie wydarzenia przypominające te z przeszłości i w ten sposób sprawia, że tracimy kontakt z teraźniejszością. Zachowujemy się niczym więzień proszący o miłość i wsparcie przez dźwiękoszczelną szybę.
Czasem destrukcyjne przeżycia z dzieciństwa są całkowicie zawoalowane. I do takich najtrudniej dotrzeć. Największe problemy z rozpoznaniem przyczyn zranienia mogą mieć ofiary przemocy emocjonalnej, którym np. wpajano poczucie fałszywej wyższości lub niższości. Te wywyższane mogą w dorosłym życiu odgrywać narzucone im w dzieciństwie role w ten sposób, że zawsze chcą sprawiać wrażenie „dobrych”. A więc opiekują się partnerem, podkreślając przy tym swoją wyjątkowość. Z czasem jednak rola ta zaczyna być dla nich ciężarem. Ale ci dawni mali bohaterowie i małe bohaterki są ostatnimi osobami, które poprosiłyby kogokolwiek o pomoc. Zamiast przyznać się do błędów, słabości, wolą obwiniać o wszystko partnerów.
Z kolei poniżane dzieci w dorosłym życiu mogą wybierać ucieczkę w świat fantazji, samotności. Miejsce ich prawdziwego „ja” zajmuje „ja” wymyślone kiedyś na potrzeby rodziców. To wymyślone „ja” często przybiera postać perfekcjonizmu. Poniżani niegdyś ludzie starają się osiągnąć doskonałość, budując w ten sposób poczucie własnej wartości, a jednocześnie paraliżuje ich przekonanie, że są bezwartościowi.
Dotarcie do takiej prawdy i zaakceptowanie siebie to dwa pierwsze kroki na drodze do bliskości z drugim człowiekiem – uważa Pia Mellody. Doskonała niedoskonałość
Iwona Cichy, polonistka, 20 lat po ślubie (z Jarkiem, malarzem), doświadczyła tego wręcz namacalnie. - Któregoś dnia podczas kolejnych warsztatów psychoterapeutycznych poczułam, że akceptuję siebie ze wszystkimi swoimi osiągnięciami i porażkami, że mam siebie za co szanować, choćby za to, że się rozwijam. I kiedy to poczułam, popatrzyłam na mojego mężczyznę jak na kogoś doskonałego. To było olśnienie, ale przede wszystkim efekt ciężkiej pracy nad sobą. Jesteśmy ze sobą tyle lat, a dopiero półtora roku temu rozpoznałam, gdzie tkwiła przyczyna naszych problemów. Tkwiła we mnie. Od kiedy odkryłam, że kluczem do bliskości jest rozprawienie się ze swoimi demonami z przeszłości, w naszym związku wszystko się zmieniło.
Mąż Iwony skończył z wyróżnieniem ASP, ona była dobrze zapowiadającą się poetką. Ale oboje nie mogli znaleźć pracy na miarę swoich aspiracji. Ona udzielała korepetycji, on imał się dorywczych prac w reklamie. Niby nie było między nimi większych konfliktów, ale coś zgrzytało. Iwona: - Miałam kompleks niezrealizowanej poetki. Nie doceniałam tego, co umiem, a fakt, że byłam nauczycielką, uznawałam za porażkę, choć to zajęcie sprawiało mi radość. Żyłam z poczuciem, że robię za mało, bo przecież stworzona jestem do wielkich rzeczy!
Jeżeli mamy o sobie samych przekonanie, że jesteśmy nie tacy, jacy byśmy chcieli być, pojawia się oczekiwanie, że nasze marzenia spełni partner. A to przecież niemożliwe. Zatem uważamy, że czegoś mu brak. Że powinien być jakiś inny. Otwarty, empatyczny, przystojny, sławny. Powinien mieć dokładnie takie cechy, zdolności, sukcesy, jakich nam brakuje. Psychologia nazywa taką projekcję własnych niezrealizowanych marzeń na partnera „przeniesieniem”.
- Ja przenosiłam na Jarka pragnienie bycia uznaną poetką. Miałam pretensje, że mój mąż nie jest wybitnym malarzem, że robi w reklamie. Teraz oczywiście widzę jego słabości i ograniczenia, ale to w żaden sposób go nie umniejsza. Doceniam jego zmagania z losem, to, że realizuje się jako grafik, że jest domatorem. Teraz już wiem, że z duchowego punktu widzenia jesteśmy tu, żeby się rozwijać, że każdy z nas idzie swoją drogą i że jesteśmy w tym doskonali! Kiedy dałam Jarkowi odczuć, że jest dla mnie doskonały, kompletnie zmieniła się nasza relacja. Ale kluczem do tej zmiany było zaakceptowanie siebie.
Pia Mellody pisze w „Drodze do bliskości”, że świadomość doskonałej niedoskonałości ludzkiej natury jest podstawą w pracy nad sobą i swoimi relacjami z partnerem. Trzeba pogodzić się ze swoimi ograniczeniami i przyjąć, że to nie wady, tylko po prostu część prawdy o tym, kim jesteśmy.
Iwona Opiełka-Majewska radzi na warsztatach: Jeżeli tak bardzo denerwuje cię twój partner, to zapytaj siebie samą, co ci to mówi o sobie. Bo to oznacza na ogół, że czegoś dla siebie nie robisz. Albo że nie potrafisz stawiać granic. Granice, które nie dzielą
Stawianie granic w relacjach z ludźmi i partnerem w szczególności jest jednym z fundamentów zdrowego związku. Pia Mellody nazywa je psychologicznymi stacjami przekaźnikowymi, poprzez które emitujemy prawdę o nas samych i odbieramy informacje płynące ku nam od partnera. Kiedy nasze granice funkcjonują właściwie, potrafimy się komunikować, czyli przekazywać prawdę na temat naszych uczuć i myśli.
Z wytyczaniem granic mamy jednak poważne problemy i to dwojakiego rodzaju. Zastępujemy je murem albo się ich w ogóle pozbywamy. Mury wznosimy na ogół po to, aby partner nie mógł nas dotknąć, ale w ten sposób zamykamy się także na jego czułość, opinie. Całkowity brak granic z kolei daje drugiej osobie fałszywy sygnał, że może pozwolić sobie na wszystko. Albo sprawia, że my sami zachowujemy się zbyt natarczywie, przytłaczamy drugą osobę swoimi opiniami, wiedzą, zachowaniem.
Między tymi dwiema skrajnościami mieści się obszar zdrowych granic, które pomagają nam osiągnąć równowagę pomiędzy byciem podatnym na zranienie a poczuciem, że nikt nie może nas poruszyć. Między przesadnym wyrażaniem swoich emocji a zamknięciem się na drugą osobę. Według autorki „Drogi do bliskości” zdrowe granice psychologiczne są czymś w rodzaju stanu kontrolowanej otwartości. Co to takiego? To równowaga między braniem i dawaniem. Pomaga otworzyć się na tyle, aby partner mógł nas poznać, ale nie na tyle, aby mógł nas zniszczyć. Chroni również partnera przed naszymi negatywnymi emocjami, które nam, doskonale niedoskonałym istotom, zdarza się przecież uzewnętrzniać.
Jon Carlson i Don Dinkmeyer w książce „Szczęśliwe małżeństwo” piszą, że tak jak trzeba ćwiczyć mięśnie, aby dobrze spełniały swoją funkcję, tak i miłość wymaga nieustannej pracy. Jak się do niej zabrać? Pierwszym krokiem jest wzięcie odpowiedzialności za własne zachowanie. Wszyscy mamy możliwość wyboru, choć niektórzy kwestionują tę prawdę, uzasadniając swoją reakcję stwierdzeniem: „nie mogę”. Na pewno? A może bliższe prawdzie byłoby określenie: „nie wybieram”?
Mogę, ale nie muszę
Joanna i Marek (lekarze, po 33 lata) są małżeństwem od 10 lat. Wielka szkolna miłość, ten sam kierunek studiów, zawsze razem. Od kiedy Joanna sięgnie pamięcią, Marek lubił sport i dobre markowe wino. Z czasem miłość do sportu wygasła, do wina – rozkwitła, zamieniając się w chorobę alkoholową. Joanna walczyła o męża wszelkimi sposobami. Perswazją, groźbami, kontrolowaniem, zmuszaniem do leczenia. Nie spuszczała go z oczu na krok (pracowali w jednym szpitalu), a on mimo to umiał ją zmylić i gdzieś za jej plecami wychylić kieliszeczek. Przyjaciółki radziły: rzuć go, odpuść sobie. A ona zaciskała zęby i walczyła. Przypłaciła tę walkę ciężką chorobą.
- Dopiero terapeuta, do którego zwróciłam się o pomoc, otworzył mi oczy – wspomina. – Pamiętam jak dziś jego słowa: Proszę zająć się sobą, swoimi sprawami, a nie oskarżać męża o złamanie pani życia. Byłam w szoku. Przecież złamał mi życie! Ale terapeuta miał rację. Kiedy zajęłam się sobą – zaczęłam robić drugi stopień specjalizacji, chodzić na kurs tańca – a tym samym przyjęłam odpowiedzialność za własne emocje i wykorzystałam energię na pozytywne myślenie i działanie, wszystko samo się rozwiązało. Najpierw Marek zaczął jeszcze bardziej pić. Spadł już na takie dno, że wylądował w szpitalu. Tam rozpoczął terapię, którą kontynuuje. Na razie trwa w niepiciu, chodzi na spotkania AA. Na nowo się odnajdujemy. Nic nie robię jednak na siłę.
Psycholog z Uniwersytetu Waszyngtońskiego dr John Gottman badał związki, w których partnerzy skarżą się na brak bliskości. I co się okazało? Że „posługują się” negatywnymi zachowaniami, takimi jak pogarda, krytycyzm, postawa obronna, zamykanie się. Jak wyznali, chcą w ten sposób zmienić partnera, bo bardzo zależy im na bliskości! Nie przyjmowali do wiadomości, że to nieskuteczne sposoby porozumiewania się. Inny amerykański psychiatra Rudolf Dreikurs odkrył z kolei, że takie postępowanie podporządkowane jest jednemu z następujących celów (nie zawsze uświadomionych): znalezieniu usprawiedliwienia dla własnych niedomagań, zwróceniu na siebie uwagi, przejęciu władzy albo odwetowi. Natomiast udany związek realizuje zupełnie inne cele: współpracę, zaangażowanie, wspieranie się.
Na czym polega wspieranie partnera? Według autorów „Szczęśliwego małżeństwa” na mówieniu mu za pomocą słów i uczynków: „Akceptuję cię takim, jakim jesteś. Rozumiem twoje pragnienia, cenię cię. A nie: »Zaakceptuję cię, jeśli...«, »Rozumiem cię, ale...«, »Będę cię cenić, o ile...«. Wsparcie jest dane bez żadnych dodatkowych »jeśli«, »ale«, »może«. Wspierając partnera, przyznajemy mu prawo do swobodnego wyrażania myśli i uczuć bez obawy, że zaowocuje to odrzuceniem. Dajemy sobie nawzajem wolność myślenia, przeżywania uczuć, podejmowania własnych decyzji”.
Sonia Raduńska: - Atrybutem zdrowej bliskości jest coś, co nazwałabym dowolnością. To znaczy: Mogę być blisko, ale nie muszę. Mój partner też ma do tego prawo, a nie przymus. Otwieram drzwi do siebie, ale to nie oznacza, że ktoś może przez nie wejść i wszystko podeptać. Zapytałam moje przyjaciółki, co im kojarzy się z bliskością. Odpowiedziały: To, że nic nie musimy. Że cokolwiek zrobimy, będzie dobrze, że czujemy się ze sobą swobodnie, że zawsze mamy pewność dobrych intencji, nawet jak któraś zrobi coś nie tak, wiemy, że kierowała się dobrymi pobudkami. To jest dobra charakterystyka bliskości w ogóle. Bliscy ludzie potrafią milczeć. W ciszy także bliskość rozkwita.
Zmagamy się z życiem, wiecznie za czymś gonimy, ale tak naprawdę celem naszej wędrówki na ziemi (choć nie zawsze to sobie uświadamiamy) jest duchowa równowaga. Spokój, harmonia. Do tego celu wiedzie wiele dróg. Najkrótsza, co nie znaczy najłatwiejsza, prowadzi przez autentyczną bliskość z drugim człowiekiem. Tęsknimy za nią tak bardzo, bo to życiodajna siła.
Korzystałam z książek: Pia Mellody „Droga do bliskości” (Wydawnictwo Jacek Santorski & Co., 2005) i Jon Carlson i Don Dinkmeyer „Szczęśliwe małżeństwo” (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005)
Afirmujące stwierdzenia pomocne w podtrzymaniu dobrego związku:
Dobre małżeństwo bierze swój początek we mnie.
Akceptuję siebie taką/takiego, jaką/jakim jestem.
Akceptuję mojego partnera.
Codziennie jest wiele okazji, żeby okazywać sobie miłość.
Przyjmuję odpowiedzialność za pomyślność naszego związku.
Jestem otwarta/otwarty na zmiany.
Nie zawsze muszę zgadzać się z partnerem
Chcę go jednak zrozumieć. To pomaga mi zrozumieć siebie
Przyczyn jest oczywiście bardzo wiele, ale jedna wydaje się dość powszechna – wielkie oczekiwania w stosunku do partnera i przekonanie, że kochając go, powinniśmy nieustannie odczuwać głęboką czułość i zero negatywnych emocji. Tymczasem z biegiem lat często odkrywamy, że partner nie jest łatwą osobą. To raczej ktoś, kto nas irytuje swoim zachowaniem, nawykami, nałogami, do kogo żywimy na przemian czułość i nienawiść. I to całkiem normalne, pisze w książce „Droga do bliskości” amerykańska psychoterapeutka Pia Mellody. Miłość bowiem to złożone uczucie. Składają się na nią zarówno szacunek dla drugiego człowieka, czułe przywiązanie, jak i uczucia nieprzyjemne, takie jak strach, ból, wstyd, które są nieodłącznym elementem żywego, ewoluującego wraz z upływem lat związku.
Po pierwsze – zaakceptować siebie
„Droga do prawdziwej bliskości – pisze Pia Mellody – przypomina nastawianie radia. Na początku słychać wyłącznie szum i niezrozumiałe dźwięki, ale po pewnym czasie łapiemy sygnał stacji i odbieramy czysty przekaz. Jeśli jednak nadal będziemy obracać gałką odbiornika, zgubimy sygnał. Wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie, że do nastawienia naszej własnej »stacji« niezbędne są dwie rzeczy: prawda i miłość. [...] Wybierając prawdę, zaczynamy kochać siebie i innych, a wtedy nasz »radiowy sygnał« jest idealnie czysty”.Według Soni Raduńskiej, psychoterapeutki i poetki (byłej felietonistki „Zwierciadła”), bliskość z drugim człowiekiem to zdolność do bycia z nim z otwartym sercem, bez masek, gier, choć są wygodne i nawykowe.
- Ideałem jest bliskość oparta na ufności dziecka, bezwarunkowa, trochę naiwna – mówi Sonia – ale taka bliskość nie przetrzyma próby czasu. Dlatego warto powalczyć o bliskość dojrzałą, opartą na wzajemnym szacunku, która jest możliwa pod warunkiem, że szanujemy i siebie, i partnera. Bo na czym tak naprawdę polega nasz problem z bliskością? Na tym, że nie potrafimy być blisko ze sobą. Że mamy kontakt ze światem, pracą, zadaniami, a nie mamy kontaktu ze swoim ciałem, uczuciami, potrzebami.
Terapeuci podkreślają zgodnie: Żeby uzdrowić związek, trzeba najpierw uzdrowić siebie. Nie ma harmonii w związku bez osiągnięcia wewnętrznej harmonii. Bywa, że w tym procesie zdrowienia trzeba sięgnąć do przeżyć głęboko ukrytych, czasem wypartych. Częstym powodem nieudanych relacji z partnerem są bowiem traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa. Jeżeli np. jako dziecko doznawaliśmy przemocy, jako dorośli czujemy tamten ból, ale jego przyczyn szukamy w partnerze. Na przemian atakujemy i bronimy się, czerpiąc „amunicję” z nieuświadomionych skutków przemocy z dzieciństwa. Skrzywdzone „ja” automatycznie reaguje na wszystkie wydarzenia przypominające te z przeszłości i w ten sposób sprawia, że tracimy kontakt z teraźniejszością. Zachowujemy się niczym więzień proszący o miłość i wsparcie przez dźwiękoszczelną szybę.
Czasem destrukcyjne przeżycia z dzieciństwa są całkowicie zawoalowane. I do takich najtrudniej dotrzeć. Największe problemy z rozpoznaniem przyczyn zranienia mogą mieć ofiary przemocy emocjonalnej, którym np. wpajano poczucie fałszywej wyższości lub niższości. Te wywyższane mogą w dorosłym życiu odgrywać narzucone im w dzieciństwie role w ten sposób, że zawsze chcą sprawiać wrażenie „dobrych”. A więc opiekują się partnerem, podkreślając przy tym swoją wyjątkowość. Z czasem jednak rola ta zaczyna być dla nich ciężarem. Ale ci dawni mali bohaterowie i małe bohaterki są ostatnimi osobami, które poprosiłyby kogokolwiek o pomoc. Zamiast przyznać się do błędów, słabości, wolą obwiniać o wszystko partnerów.
Z kolei poniżane dzieci w dorosłym życiu mogą wybierać ucieczkę w świat fantazji, samotności. Miejsce ich prawdziwego „ja” zajmuje „ja” wymyślone kiedyś na potrzeby rodziców. To wymyślone „ja” często przybiera postać perfekcjonizmu. Poniżani niegdyś ludzie starają się osiągnąć doskonałość, budując w ten sposób poczucie własnej wartości, a jednocześnie paraliżuje ich przekonanie, że są bezwartościowi.
Dotarcie do takiej prawdy i zaakceptowanie siebie to dwa pierwsze kroki na drodze do bliskości z drugim człowiekiem – uważa Pia Mellody. Doskonała niedoskonałość
Iwona Cichy, polonistka, 20 lat po ślubie (z Jarkiem, malarzem), doświadczyła tego wręcz namacalnie. - Któregoś dnia podczas kolejnych warsztatów psychoterapeutycznych poczułam, że akceptuję siebie ze wszystkimi swoimi osiągnięciami i porażkami, że mam siebie za co szanować, choćby za to, że się rozwijam. I kiedy to poczułam, popatrzyłam na mojego mężczyznę jak na kogoś doskonałego. To było olśnienie, ale przede wszystkim efekt ciężkiej pracy nad sobą. Jesteśmy ze sobą tyle lat, a dopiero półtora roku temu rozpoznałam, gdzie tkwiła przyczyna naszych problemów. Tkwiła we mnie. Od kiedy odkryłam, że kluczem do bliskości jest rozprawienie się ze swoimi demonami z przeszłości, w naszym związku wszystko się zmieniło.
Mąż Iwony skończył z wyróżnieniem ASP, ona była dobrze zapowiadającą się poetką. Ale oboje nie mogli znaleźć pracy na miarę swoich aspiracji. Ona udzielała korepetycji, on imał się dorywczych prac w reklamie. Niby nie było między nimi większych konfliktów, ale coś zgrzytało. Iwona: - Miałam kompleks niezrealizowanej poetki. Nie doceniałam tego, co umiem, a fakt, że byłam nauczycielką, uznawałam za porażkę, choć to zajęcie sprawiało mi radość. Żyłam z poczuciem, że robię za mało, bo przecież stworzona jestem do wielkich rzeczy!
Jeżeli mamy o sobie samych przekonanie, że jesteśmy nie tacy, jacy byśmy chcieli być, pojawia się oczekiwanie, że nasze marzenia spełni partner. A to przecież niemożliwe. Zatem uważamy, że czegoś mu brak. Że powinien być jakiś inny. Otwarty, empatyczny, przystojny, sławny. Powinien mieć dokładnie takie cechy, zdolności, sukcesy, jakich nam brakuje. Psychologia nazywa taką projekcję własnych niezrealizowanych marzeń na partnera „przeniesieniem”.
- Ja przenosiłam na Jarka pragnienie bycia uznaną poetką. Miałam pretensje, że mój mąż nie jest wybitnym malarzem, że robi w reklamie. Teraz oczywiście widzę jego słabości i ograniczenia, ale to w żaden sposób go nie umniejsza. Doceniam jego zmagania z losem, to, że realizuje się jako grafik, że jest domatorem. Teraz już wiem, że z duchowego punktu widzenia jesteśmy tu, żeby się rozwijać, że każdy z nas idzie swoją drogą i że jesteśmy w tym doskonali! Kiedy dałam Jarkowi odczuć, że jest dla mnie doskonały, kompletnie zmieniła się nasza relacja. Ale kluczem do tej zmiany było zaakceptowanie siebie.
Pia Mellody pisze w „Drodze do bliskości”, że świadomość doskonałej niedoskonałości ludzkiej natury jest podstawą w pracy nad sobą i swoimi relacjami z partnerem. Trzeba pogodzić się ze swoimi ograniczeniami i przyjąć, że to nie wady, tylko po prostu część prawdy o tym, kim jesteśmy.
Iwona Opiełka-Majewska radzi na warsztatach: Jeżeli tak bardzo denerwuje cię twój partner, to zapytaj siebie samą, co ci to mówi o sobie. Bo to oznacza na ogół, że czegoś dla siebie nie robisz. Albo że nie potrafisz stawiać granic. Granice, które nie dzielą
Stawianie granic w relacjach z ludźmi i partnerem w szczególności jest jednym z fundamentów zdrowego związku. Pia Mellody nazywa je psychologicznymi stacjami przekaźnikowymi, poprzez które emitujemy prawdę o nas samych i odbieramy informacje płynące ku nam od partnera. Kiedy nasze granice funkcjonują właściwie, potrafimy się komunikować, czyli przekazywać prawdę na temat naszych uczuć i myśli.
Z wytyczaniem granic mamy jednak poważne problemy i to dwojakiego rodzaju. Zastępujemy je murem albo się ich w ogóle pozbywamy. Mury wznosimy na ogół po to, aby partner nie mógł nas dotknąć, ale w ten sposób zamykamy się także na jego czułość, opinie. Całkowity brak granic z kolei daje drugiej osobie fałszywy sygnał, że może pozwolić sobie na wszystko. Albo sprawia, że my sami zachowujemy się zbyt natarczywie, przytłaczamy drugą osobę swoimi opiniami, wiedzą, zachowaniem.
Między tymi dwiema skrajnościami mieści się obszar zdrowych granic, które pomagają nam osiągnąć równowagę pomiędzy byciem podatnym na zranienie a poczuciem, że nikt nie może nas poruszyć. Między przesadnym wyrażaniem swoich emocji a zamknięciem się na drugą osobę. Według autorki „Drogi do bliskości” zdrowe granice psychologiczne są czymś w rodzaju stanu kontrolowanej otwartości. Co to takiego? To równowaga między braniem i dawaniem. Pomaga otworzyć się na tyle, aby partner mógł nas poznać, ale nie na tyle, aby mógł nas zniszczyć. Chroni również partnera przed naszymi negatywnymi emocjami, które nam, doskonale niedoskonałym istotom, zdarza się przecież uzewnętrzniać.
Jon Carlson i Don Dinkmeyer w książce „Szczęśliwe małżeństwo” piszą, że tak jak trzeba ćwiczyć mięśnie, aby dobrze spełniały swoją funkcję, tak i miłość wymaga nieustannej pracy. Jak się do niej zabrać? Pierwszym krokiem jest wzięcie odpowiedzialności za własne zachowanie. Wszyscy mamy możliwość wyboru, choć niektórzy kwestionują tę prawdę, uzasadniając swoją reakcję stwierdzeniem: „nie mogę”. Na pewno? A może bliższe prawdzie byłoby określenie: „nie wybieram”?
Mogę, ale nie muszę
Joanna i Marek (lekarze, po 33 lata) są małżeństwem od 10 lat. Wielka szkolna miłość, ten sam kierunek studiów, zawsze razem. Od kiedy Joanna sięgnie pamięcią, Marek lubił sport i dobre markowe wino. Z czasem miłość do sportu wygasła, do wina – rozkwitła, zamieniając się w chorobę alkoholową. Joanna walczyła o męża wszelkimi sposobami. Perswazją, groźbami, kontrolowaniem, zmuszaniem do leczenia. Nie spuszczała go z oczu na krok (pracowali w jednym szpitalu), a on mimo to umiał ją zmylić i gdzieś za jej plecami wychylić kieliszeczek. Przyjaciółki radziły: rzuć go, odpuść sobie. A ona zaciskała zęby i walczyła. Przypłaciła tę walkę ciężką chorobą.
- Dopiero terapeuta, do którego zwróciłam się o pomoc, otworzył mi oczy – wspomina. – Pamiętam jak dziś jego słowa: Proszę zająć się sobą, swoimi sprawami, a nie oskarżać męża o złamanie pani życia. Byłam w szoku. Przecież złamał mi życie! Ale terapeuta miał rację. Kiedy zajęłam się sobą – zaczęłam robić drugi stopień specjalizacji, chodzić na kurs tańca – a tym samym przyjęłam odpowiedzialność za własne emocje i wykorzystałam energię na pozytywne myślenie i działanie, wszystko samo się rozwiązało. Najpierw Marek zaczął jeszcze bardziej pić. Spadł już na takie dno, że wylądował w szpitalu. Tam rozpoczął terapię, którą kontynuuje. Na razie trwa w niepiciu, chodzi na spotkania AA. Na nowo się odnajdujemy. Nic nie robię jednak na siłę.
Psycholog z Uniwersytetu Waszyngtońskiego dr John Gottman badał związki, w których partnerzy skarżą się na brak bliskości. I co się okazało? Że „posługują się” negatywnymi zachowaniami, takimi jak pogarda, krytycyzm, postawa obronna, zamykanie się. Jak wyznali, chcą w ten sposób zmienić partnera, bo bardzo zależy im na bliskości! Nie przyjmowali do wiadomości, że to nieskuteczne sposoby porozumiewania się. Inny amerykański psychiatra Rudolf Dreikurs odkrył z kolei, że takie postępowanie podporządkowane jest jednemu z następujących celów (nie zawsze uświadomionych): znalezieniu usprawiedliwienia dla własnych niedomagań, zwróceniu na siebie uwagi, przejęciu władzy albo odwetowi. Natomiast udany związek realizuje zupełnie inne cele: współpracę, zaangażowanie, wspieranie się.
Na czym polega wspieranie partnera? Według autorów „Szczęśliwego małżeństwa” na mówieniu mu za pomocą słów i uczynków: „Akceptuję cię takim, jakim jesteś. Rozumiem twoje pragnienia, cenię cię. A nie: »Zaakceptuję cię, jeśli...«, »Rozumiem cię, ale...«, »Będę cię cenić, o ile...«. Wsparcie jest dane bez żadnych dodatkowych »jeśli«, »ale«, »może«. Wspierając partnera, przyznajemy mu prawo do swobodnego wyrażania myśli i uczuć bez obawy, że zaowocuje to odrzuceniem. Dajemy sobie nawzajem wolność myślenia, przeżywania uczuć, podejmowania własnych decyzji”.
Sonia Raduńska: - Atrybutem zdrowej bliskości jest coś, co nazwałabym dowolnością. To znaczy: Mogę być blisko, ale nie muszę. Mój partner też ma do tego prawo, a nie przymus. Otwieram drzwi do siebie, ale to nie oznacza, że ktoś może przez nie wejść i wszystko podeptać. Zapytałam moje przyjaciółki, co im kojarzy się z bliskością. Odpowiedziały: To, że nic nie musimy. Że cokolwiek zrobimy, będzie dobrze, że czujemy się ze sobą swobodnie, że zawsze mamy pewność dobrych intencji, nawet jak któraś zrobi coś nie tak, wiemy, że kierowała się dobrymi pobudkami. To jest dobra charakterystyka bliskości w ogóle. Bliscy ludzie potrafią milczeć. W ciszy także bliskość rozkwita.
Zmagamy się z życiem, wiecznie za czymś gonimy, ale tak naprawdę celem naszej wędrówki na ziemi (choć nie zawsze to sobie uświadamiamy) jest duchowa równowaga. Spokój, harmonia. Do tego celu wiedzie wiele dróg. Najkrótsza, co nie znaczy najłatwiejsza, prowadzi przez autentyczną bliskość z drugim człowiekiem. Tęsknimy za nią tak bardzo, bo to życiodajna siła.
Korzystałam z książek: Pia Mellody „Droga do bliskości” (Wydawnictwo Jacek Santorski & Co., 2005) i Jon Carlson i Don Dinkmeyer „Szczęśliwe małżeństwo” (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005)
Afirmujące stwierdzenia pomocne w podtrzymaniu dobrego związku:
Dobre małżeństwo bierze swój początek we mnie.
Akceptuję siebie taką/takiego, jaką/jakim jestem.
Akceptuję mojego partnera.
Codziennie jest wiele okazji, żeby okazywać sobie miłość.
Przyjmuję odpowiedzialność za pomyślność naszego związku.
Jestem otwarta/otwarty na zmiany.
Nie zawsze muszę zgadzać się z partnerem
Chcę go jednak zrozumieć. To pomaga mi zrozumieć siebie
Tagi:
kolejny artykuł
to jest artykuł z gazety myślę zę jest w nim dużo racji
Czy możemy być wolni, będąc z drugim człowiekiem? Absolutnie tak. Jestem wolny, gdy czuję, że chcę być właśnie z tą osobą. Człowiek wolny robi, co chce. Może powiedzieć: „nie muszę z tobą żyć, ale dobrze jest z tobą żyć” – mówi dr Alfried Langle, austriacki psychoterapeuta, uczeń Viktora Frankla, twórcy psychologii egzystencjalnej, w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.
Czy można nauczyć się miłości? Wzbudzić ją w sobie?
Miłość nam się przytrafia. Nie możemy sobie nakazać: kochaj! Nie możemy sobie rozkazać: przestań kochać! Nie cierp, gdy ona odchodzi. Miłość musi się wydarzyć we właściwy, esencjonalny sposób. Zaczynamy kochać w momencie, gdy ujrzymy istotę drugiego człowieka, która rezonuje z naszą istotą.
Co to znaczy „rezonować z istotą drugiego człowieka”?
Rozpoznajemy siebie w partnerze. Mówimy wtedy: „jakbym cię znał od zawsze”. Albo fascynuje nas odmienność: „ty jesteś czymś, czym ja nie jestem”. Przyciąga nas i porusza istota tej osoby. Widzimy jej wyjątkowość. Gdy ktoś pyta: „dlaczego kochasz właśnie ją?”, odpowiadamy: „ponieważ ona taka jest”. Jest taka, jaka jest, niepowtarzalna.
Albo mówimy: „kocham go, bo mamy radosny seks”, „ona tak dobrze gotuje i dba o dzieci”.
To znaczy, że ukochaną osobę postrzegam jedynie poprzez możliwość zaspokojenia swoich potrzeb i braków.
Dajemy sobie to, co możemy dać. Miłość jest także po to, byśmy mogli zaspokajać potrzeby i braki.
Oczywiście. Ale by spełniać potrzeby, miłość nie jest konieczna. Potrzeby seksualne można zaspokajać bez miłości. Podobnie potrzebę ochrony, opieki, przytulności. Głód można zaspokoić, jedząc szybko cokolwiek. Potrzeby spełniane w ramach miłości można porównać do pięknie przygotowanego jedzenia. Jemy, sycąc oczy pięknem, delektując się smakiem. Jeśli ukochana zaspokaja moje potrzeby z czułością i delikatnością, to jej miłość mnie uskrzydla, daje mi siłę.
Miłość jest rezonansem naszych esencji. Gdy przydarza mi się taka miłość, wtedy nie patrzę na ukochaną jak na środek do osiągnięcia celu. Jeśli widzę twoją esencję, a ty widzisz moją, wtedy twoje życie jest tak samo ważne jak moje, twoje potrzeby są tak samo ważne jak moje. Nasz związek oparty jest na równowadze i wymianie. To jest miłość pełna.
Miłość to duchowa sprawa. W miłości widzimy ukochaną osobę w jej najwyższej postaci – widzimy nie tylko to, kim jest w tym momencie, ale także, kim może się stać. Gdy kocham, wierzę, że przyczyniam się do rozwoju ukochanej.
Czy możemy być wolni, będąc z drugim człowiekiem? Absolutnie tak. Jestem wolny, gdy czuję, że chcę być właśnie z tą osobą. Człowiek wolny robi, co chce. Może powiedzieć: „nie muszę z tobą żyć, ale dobrze jest z tobą żyć” – mówi dr Alfried Langle, austriacki psychoterapeuta, uczeń Viktora Frankla, twórcy psychologii egzystencjalnej, w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.
Czy można nauczyć się miłości? Wzbudzić ją w sobie?
Miłość nam się przytrafia. Nie możemy sobie nakazać: kochaj! Nie możemy sobie rozkazać: przestań kochać! Nie cierp, gdy ona odchodzi. Miłość musi się wydarzyć we właściwy, esencjonalny sposób. Zaczynamy kochać w momencie, gdy ujrzymy istotę drugiego człowieka, która rezonuje z naszą istotą.
Co to znaczy „rezonować z istotą drugiego człowieka”?
Rozpoznajemy siebie w partnerze. Mówimy wtedy: „jakbym cię znał od zawsze”. Albo fascynuje nas odmienność: „ty jesteś czymś, czym ja nie jestem”. Przyciąga nas i porusza istota tej osoby. Widzimy jej wyjątkowość. Gdy ktoś pyta: „dlaczego kochasz właśnie ją?”, odpowiadamy: „ponieważ ona taka jest”. Jest taka, jaka jest, niepowtarzalna.
Albo mówimy: „kocham go, bo mamy radosny seks”, „ona tak dobrze gotuje i dba o dzieci”.
To znaczy, że ukochaną osobę postrzegam jedynie poprzez możliwość zaspokojenia swoich potrzeb i braków.
Dajemy sobie to, co możemy dać. Miłość jest także po to, byśmy mogli zaspokajać potrzeby i braki.
Oczywiście. Ale by spełniać potrzeby, miłość nie jest konieczna. Potrzeby seksualne można zaspokajać bez miłości. Podobnie potrzebę ochrony, opieki, przytulności. Głód można zaspokoić, jedząc szybko cokolwiek. Potrzeby spełniane w ramach miłości można porównać do pięknie przygotowanego jedzenia. Jemy, sycąc oczy pięknem, delektując się smakiem. Jeśli ukochana zaspokaja moje potrzeby z czułością i delikatnością, to jej miłość mnie uskrzydla, daje mi siłę.
Miłość jest rezonansem naszych esencji. Gdy przydarza mi się taka miłość, wtedy nie patrzę na ukochaną jak na środek do osiągnięcia celu. Jeśli widzę twoją esencję, a ty widzisz moją, wtedy twoje życie jest tak samo ważne jak moje, twoje potrzeby są tak samo ważne jak moje. Nasz związek oparty jest na równowadze i wymianie. To jest miłość pełna.
Miłość to duchowa sprawa. W miłości widzimy ukochaną osobę w jej najwyższej postaci – widzimy nie tylko to, kim jest w tym momencie, ale także, kim może się stać. Gdy kocham, wierzę, że przyczyniam się do rozwoju ukochanej.
Tagi:
miłość a wolność
Wesołych, pełnych nadziei
i wiary świąt Wielkiej Nocy,
spędzonych wśród srebrnych bazi
i kochającej rodziny, przy wspólnym stole.
życzę tego wszystkim blogowiczom
i wiary świąt Wielkiej Nocy,
spędzonych wśród srebrnych bazi
i kochającej rodziny, przy wspólnym stole.
życzę tego wszystkim blogowiczom
Tagi:
życzenia
mam nadzieję że ten ten filmik poprawi komuś humor
http://www.youtube.com/watch?v=2Mm4KzqdisI
http://www.youtube.com/watch?v=2Mm4KzqdisI
Tagi:
filmik
zastanawia mnie to dlaczego w życiu są cierpienia? ktoś powiedział mi że tylko wtedy umiemy doceniać chwile szczęscia, bo gdybyśmy cały czas byli szczęsliwi to nawet nie zauważylibyśmy że coś dobrego nas spotkało. życzę wszyskim dużo szczęsliwych chwil.
Tagi:
sens cierpienia
moje życie było dość skomplikowane za szybko ufałam ludziom a oni to wykorzystywali i ranili mnie. teraz jestem silniejsza i nie daję się tak łatwo, le niekiedy przychodzą momenty zwątpienia i załamania. jestem teraz bardziej zamknięta dla świata i otwieram się przed ludźmi tylko do pewnego momentu. tylko kilka osób zna mnie naprawde dobrze. (mój chłopak i kilka przyjaciółek) oni mnie rozumieją i dają mi chęć do życia i pocieszenie w trudnych chwilach. ale są i wesołe momenty kiedy skaczę ze szczęścia.
Tagi:
coś o mnie
kochać i być kochaną to piękna rzecz.....
mam cudownego chłopaka i on daje mi sens życia i oparcie w trudnych chwilach. dobrze że jest....
mam cudownego chłopaka i on daje mi sens życia i oparcie w trudnych chwilach. dobrze że jest....
Tagi:
miłość
hej. długo nie pisałam bo miałam mało czasu ostatnio mam bardzo duż spraw na głowie i miałam zły humor ale teraz już odzyskuję humorek i nie daję się smutkowi, przynajmniej staram się
Tagi:
.
Najkrótsza droga od euforii do rozczarowania wiedzie poprzez ślepe zaufanie i wielkie oczekiwania.
co o tym myślicie?
ja uważam że to prawda. zwykle chyba za szybko ufam ludziom i wyobrażam sobie że każdy jest w porządku wobec mnie a potem okazuje się że wcale tak nie jest i cierpię
co o tym myślicie?
ja uważam że to prawda. zwykle chyba za szybko ufam ludziom i wyobrażam sobie że każdy jest w porządku wobec mnie a potem okazuje się że wcale tak nie jest i cierpię
Tagi:
----


